Autor: Jakub Małecki
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2015
Gatunek: literatura piękna
Ilość stron: 320
Ocena: 8/10
Jakub Małecki bardzo ładnie pisze o życiu, w szczególności o wszystkich jego smutkach, radościach i monotonnościach. Tym razem autor wziął się za zobrazowanie losów trzech pokoleń, w których spokojne życie wplotły się klątwy, wojny światowe oraz wsiowe polowanie na albinosa.
Jest to o:
Zaczyna się nieźle. Jan Łabendowicz buduje radio i robi drugą wojnę światową. Z kolei Bronek Gelda idzie na tańce, a tańczyć w ogóle nie potrafi. Po tym, jednemu i drugiemu przytrafiają się dobre i złe rzeczy. Dobre, bo Jan żeni się z przygryzającą warkocz Ireną, rodzi mu się syn i pracuje u dobrej Niemki z przesiedlenia, Frau Eberl, a Bronek bierze sobie za żonę cichą Helenę, zakochuje się w Polsce i rodzi mu się córka. Złe, bo Jan zostawia Frau Eberl z córkami same w drodze powrotnej do Niemiec, za co ta go przeklina, a Bronek wyrzuca cygankę, która zwiastuje płomienie, a w płomieniach jego córkę. Złe, bo Janowi rodzi się diabeł, jak to mówią we wsi - dziecko całe białe jak śnieg, a tuż obok córeczki Bronka wybucha granat. Ale trzeba jakoś dalej żyć z tym wszystkim. I książka jest właśnie o dalszym życiu z bagażem historii, z bagażem przodków i z tym wszystkim, co bohaterowie sami zdecydują się spakować.
Sądzę, że:
Jakub Małecki jakoś tak ładnie potrafi pisać o małych i dużych, codziennych i niecodziennych dramatach. Jego opowieść o losach trzech pokoleń, które łączą czasy wojen światowych i epokę smartfonów są jednocześnie skomplikowane, naszpikowane drobnostkami i intensywnie klarowne. Podążając za losami obu rodzin, wchodzimy do świata bohaterów, na ich podwórka, do ich domów, pod pierzyny. Budujemy w sobie topografię wsi, uczuć oraz historii protagonistów i z satysfakcją patrzymy jak ostatecznie wszystko się powoli domyka - złe uroki zostają zdjęte, tajemnice wyjaśnione, a potomkowie wracają do korzeni. Jakoś zawsze taka klamra kompozycyjna dokłada swoje do satysfakcji po przeczytaniu ostatniej strony. Nie mówiąc już o narracji, która uwielbia zachwycać nas drobnostkami i poetyckimi obrazami.
Poznał ją na tym samym polu, na którym dwadzieścia sześć lat później umarł pod pożartym księżycem. (...) Położył się obok niej. Pod plecami czuł lepką, chłodną ziemię. Szorstkie rżysko kłuło w przedramiona.W zachmurzonym niebie nie widział nic ładnego.Krople wpełzały mu do nosa. Zimno. Dziewczyna zamknęła oczy i długo leżeli tak bez słowa, moknąc. Pobrali się cztery lata później (Małecki 2015: 8).
I jeszcze:
Z Małeckim jest tak, że go nie lubisz za to, co robi swoim bardzo ludzkim bohaterom, ale nie możesz go nie lubić za ten wykreowany świat, który jednak w jakiś sposób wynagradza czasami za te ciągłe z nim zmagania. A dodajmy jeszcze do tego, że Dygot podobał mi się dotąd najbardziej. Może na równi z Rdzą. Warto wsadzić sobie Łabendowiczów i Geldów obok Łęckich, czy Kareninów.
PS: Odwiedziliśmy Dżozefa Konrada.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz