Tytuł: Pani Dalloway
Autor: Wirginia Woolf
Wydawnictwo: Znak [Vintage Classic]
Rok wydania: 2016 [1925]
Gatunek: literatura piękna
Ilość stron: 172
Ocena: 7/10
Strzeżcie się tyłów okładek i krótkich opisów na stronach internetowych - to że pani Dalloway przeżywa sobie swój kolejny dzień i wspomina o tym co było i co być może mogło być, to tylko część czegoś większego. Większego niż kupowanie kwiatów na przyjęcie, spacer po parku czy zabawa z premierem.
Jest to o:
Ale jednak zaczyna się właśnie kupowaniem kwiatów na przyjęcie. Tytułowa bohaterka wyprawia tego dnia przyjęcie i musi dopilnować, by wszystko było jak należy. Podczas załatwiania sprawunków na mieście, pisania zaproszeń czy naprawiania sukienki, Clarissa Dalloway mimowolnie zanurza się we wspomnieniach o tym co było kiedyś, a kiedyś było sporo zamieszania. Będąc panną, rozstała się nagle z Peterem Walshem i wyszła za mąż za Richarda. Dawne uczucia leżały dotąd ukryte pod zimowymi ubraniami, gdy Peter wraca po wielu latach z Indii. W międzyczasie inne postacie również mają coś do powiedzenie - spokojny mąż Clarissy o uczuciu do żony, Doris Kilman o zazdrości do pracodawczyni, Sally o uczuciach do przyjaciółki. Zaraz obok do głosu dochodzą traumy I wojny światowej, które odciskają piętno na nadkruszonej teraźniejszości.
Życie wydaje jej się właśnie takie: wszyscy drapiemy ściany naszych cel (tłum. Krystyna Tarnowska, 2008 Znak).
Na samym początku jesteśmy witani przez niecodzienną, innowacyjną narrację. Przez pierwsze strony próbujemy oswoić strumień świadomości, który podąża drogą luźnych skojarzeń i subiektywnych odczuć. Dodatkowo, perspektywa przechodzi od głównej bohaterki do dawnego kochanka, od przypadkowego przechodnia do weterana wojennego, który aktualnie przeżywa swoją traumę wojenną. Uważam, że obrana przez Woolf forma narracyjna jest idealna do tego, by przedstawić protagonistów w ich codziennym ekosystemie, w ich codzienności pełnej zbytecznych i znaczących myśli.
Podoba mi się również atmosfera powieści - utrzymana w pewnym melancholijnym tonie, wypełniona takim smutnawym szczęściem. Przewracanie każdej strony brzmiało jak westchnienie, że zobacz jak to szybko zleciało, już tyle życia i co jeśli się tego dobrze nie wykorzystało, co teraz? Wirginia mocno zaznacza to w jaki niebagatelny sposób przeszłość buduje teraźniejszość, poczynając od dawnych uczuciach, a kończąc na nabytych traumach wojennych; Peter, były ukochany Clarissy, przez całe swoje życie powraca do swojej byłej ukochanej, żeniąc się z pierwszą napotkaną kobietą. Septimus, weteran wojenny, oddaje się powoli szaleństwu, przeżywając na nowo śmierć swojego przyjaciela i winiąc się za to, że nie potrafi odczuwać ludzkich emocji. Jako potrafiący usłyszeć myśli tylu rozmaitych bohaterów, powoli dowiadujemy się jak kruche i pobliźnione są fundamenty teraźniejszości.
Virginia już we Własnym pokoju udowodniła, że nie bawi się w tematy tabu, gdy wspomniała o naturalnym występowaniu miłości homoseksualnej dwóch kobiet. Również w Pani Dalloway dwie bohaterki, Clarissa i jej przyjaciółka Sally, przyciągają się nawzajem. Jednak, zwieńczeniem tego uczucia zostaje jedynie pocałunek. Mimo to, jest to bardzo zgrabne wplecenie wątku odmienności seksualnej, które niestety, okazuje się drobnym epizodem lat młodzieńczym. Ale to nie koniec szokujących wątków. Jako czytelnicy, jesteśmy również zderzeni z tematem samobójstwa oraz PTSD (zespół stresu pourazowego). Bo przeżyć wojnę to nie do końca znaczy wrócić z medalami, a z wieloma ranami, szczególnie tymi niedostrzegalnymi. Virginia rozbiera powili pojęcie honoru, czy waleczności. Zdrapuje wierzchnią warstwę, pod którą kryją się nie piękne idee, ale tragedie. Woolf jest autorką, do której po prostu ma się respekt za jej bezkompromisowość.
Ale już samo to, że jeden dzień następuje po drugim - środa, czwartek, piątek, sobota; że człowiek budzi się rankiem, widzi niebo, że idzie przez park (...), że są te róże... to wystarczy. Jak nieprawdopodobna wydaje się po tym śmierć! I że życie musi się skończyć! Nikt nie będzie wiedział, jak ona je bardzo kochała; jak bardzo, każdą sekundę... (tłum. Krystyna Tarnowska, 2008 Znak)
I jeszcze:
Pani Dalloway to lektura i smutna i w pewien sposób pocieszająca. Bohaterowie nie mogą się powstrzymać przed powracaniem do przeszłości, lecz w międzyczasie odnajdują swoje szczęście w tej teraźniejszości którą sobie stworzyli. Ostatecznie, życie nie jest takie złe po mocnej herbacie.
PS: Nikt nie ma prawa się nie zgodzić, że niejasne zakończenie zostało napisane genialnie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz