środa, 26 sierpnia 2015

Demon grzechu. Tsumitsuki: "Bo ludzie to oni"*

Tytuł: Demon grzechu. Tsumitsuki
Autor: Kiyohara Hiro
Ilustrator: Kiyohara Hiro
Ilość tomów: 1 tom
Wydawnictwo: Waneko
Gatunek: horror, tajemnica
Docelowy odbiorca: 16+
Ocena: 7/10

Jesteśmy siedliskiem potworów.  Pożerają powoli nasze wnętrzności. Czerpią siły z ludzkich lęków, nienawiści i wyrzutów sumienia. Zabijają, by zaspokoić łaknienie. Nieustannie głodne. Tak zapowiadająca się Jednotomówka Waneko opowiada o czterech licealistkach. Czy ilustrator Another postarał się bardziej tym razem?

Tsumitsuki to pasożyty żerujące na ludziach. Jedzą ich grzechy. Tak przynajmniej twierdzą podania sprzed kilku setek lat. Demony opętywały grzeszników, którzy zaczynali czynić zło. Pomógł im pewien mnich, którzy, walcząc z przyjaznymi siłami, wyplenił dziadostwo. Jednakże z obawy o powrót cholerstwa wieśniacy postanowili zbudować świątynię, by zarazę ułagodzić. 

Kuroe, syn kapłana, zamieszkujący dokładnie ten legendarny przybytek, tak właśnie opowiadał Takadzie Chinatsu o demonach grzechu. Cóż licealistka ma wspólnego mrocznymi historiami? Cóż, jak to powiadał Kyuubi, młode dziewczęta są najbardziej podatne, by intensywnie przeżywać różnorakie sytuacje. Takada przeprowadziła się z Tokio do mniejszego miasta i od razu przykleiła się jak rzep do cichej i tajemniczej Shinohary Mayu. Mogłoby być z tego drugie Live, gdyby nie to, że Shinohara harata po zajęciach koleżanki z klasy. Kuroe, który wcale nie ma ciemnych włosów, ma zamiar zabić żywicielkę demona. I to nie przez względy moralne.


Prowadzenie historii jest płynne. Cztery rozdziały zostały poświęcone czterem dziewczętom, które zostały spięte fajną klamrą kompozycyjną. Losowe bohaterki mają jakiś swój udział w całym demonicznym biznesie, a wiąże je ze sobą osoba Kuroe, która dostała swój epilog, wyjaśniający nam jego przeszłość. Jest on jedynym protagonistą rozbudowanym dla odbiorcy. Zresztą dość ciekawym. Niestety nie dowiedzieliśmy się wiele o jego życiu wewnętrznym, a szkoda, bo z tych okruchów, którymi w nas rzucają, mam wrażenie, że dzieje się u niego wiele interesujących rzeczy.

Trochę bałam się zajrzeć na pierwszą stronę, ponieważ kreska w Another nie za bardzo mi pod pasowała.Jak wielkie było moje zdumienie, gdy zobaczyłam tak znaczną różnicę w estetyce. Lepsze rysunki postaci. Ciekawe cieniowanie. Według mnie dobre kadrowanie. I dzięki temu niektóre sceny były naprawdę... ładne.

Tsumitsuki podchodzi u mnie pod dobry tomik, z dobrymi ilustracjami, który dobrze przegląda się przed zaśnięciem. Manga stanowi kolejny powód, by inwestować w Jednotomówki Waneko. Gorąco polecam!


Ilustracje należą do Kiyohara Hiro Tsumitsuki
*zobaczcie co o filmie Karate po polsku sądzi mietczyński

środa, 12 sierpnia 2015

Another: Kim jest ten martwy?

Tytuł: Another
Autor: Ayatsuji Yukito
Ilustrator: Kiyohara Hiro
Ilość tomów: 4
Wydawnictwo: J.P.Fantastica
Gatunek: horror, tajemnica
Docelowy odbiorca: dorośli
Ocena: 6/10

Kiedy bohater dowiaduje się, że uczestniczy w schemacie "mordercą jest jeden z nas" raczej nie zajmuje się myślą, że na obiad schabowy. Szczególnie, gdy dopiero co dołączył do zgranej grupy. Protagoniści, od zwykłych kryminałów do mangowych gore, odszukują złoczyńców, którzy śmią m. in. rozczłonkowywać, skręcać karki i wyrywać kończyny. Najlepszą rzeczą w tym zabiegu jest pokazywanie rozpadu grupy, dzielenia się na frakcje i jak niektórzy (shinitakunai!) rzucają się na wszystkich, tylko nie na tego, kogo pozbyć się trzeba. Czy schemat ten równie dobrze spisuje się w Another?

Misaki umarł. Klasa 3-C nie mogła się z tym pogodzić. Nie chciała. W pewnym momencie jeden z uczniów rzucił: ...przecież Misaki nie umarł, spójrzcie jest tutaj... I wszyscy zaczęli żyć tak, jakby wypadek wcale się nie przydarzył. Nauczyciele odczytywali jego imię, koledzy wracali z nim do domu i rozmawiali z pustym krzesłem. W czasie ceremonii zakończenia nauki w gimnazjum, na zdjęciu klasowym pojawiła się osoba, która nie powinna się pojawić. Misaki stał razem z klasą. Uśmiechał się.

26 lat później, Kouichi Sakakibara, w związku z pracą ojca, przenosi się z Tokio do gimnazjum w Yomiyamie pod opiekę babci. W mieście, gdzie 15 lat temu zmarła jego matka, wydając go na świat. Niestety nie może jak normalny uczeń wybiec z domu z tostem w ustach i zderzyć się ze swoją sympatią zza rogu. Nawracająca choroba płuc, zmusza go do zostania w szpitalu. Jego rozmowy ze słodką pielęgniarką i zaczytywanie się w horrorach przerywa wizyta reprezentantów klasy, do której został przypisany, 3-C (powiało grozą~~). Kouichi od razu zauważa nienaturalność jego gości. Następnie przechadzając się po szpitalu ląduje w windzie sam-na-sam ze śliczną dziewczyną w mundurku z jego nowej szkoły. Zignorujmy fakt, że ma przepaskę na oku, w objęciach lalkę i wchodzi do kostnicy. Jest ładna i tajemnicza. No i nazywa się Misaki Mei. A to dopiero początek mrocznej niespodzianki, klątwy, zapoczątkowanej 26 lat temu, która domaga się świeżych ofiar.

Tajemnicza, wciągająca historia powinna zadowolić niejednego fana horrorów. Czytelnik powoli dowiaduje się o zagadce, która łączy się z wydarzeniem na długo przed narodzinami głównego bohatera, ale jednocześnie mającą do czynienia z jego rodziną. Zostałam kupiona zwyczajnym opisem z okładki. Sama prezentacja akcji nie jest zła, lecz przez pewne rozbieżności z anime musiałam obniżyć ocenę końcową. Przede wszystkim niektóre śmierci dokonywały się bez udziału odbiorcy, za kurtyną, gdzie w pewnym momencie dowiadujemy się o nich przez wiadomość od kolegi. A przecież jesteśmy tylko prymitywnymi ludźmi - chcemy chleba i krwi! Takie tam wynaturzenie po Corpse Party. Dodatkowo muszę poskarżyć się na humor, który mógłby nie plątać się pod nogami głównemu wątku.

Bohaterów, jak na dość liczną klasę, mamy niewielu. W dodatku zostali zaprezentowani powściągliwie. Znamy ich wyłącznie przez reakcje w trakcie toczącej się katastrofy. Oprócz
Kouichi'ego, którego będziemy obserwować, czy chcemy, czy też nie, niezwykle odznaczającą się postacią jest Misaki Mei, dziewczyna, której istnienie jest przez wszystkich ignorowane. Nie dość, że projekt postaci jest bardzo ładny, to ma dość cichy, spokojny charakter. Jej historia jest jeszcze ciekawsza niż Sakakibary, włączając w to niepokojące lalki, dwukolorowe oczy i odwiedziny w kostnicy. Akazawa Izumi, przeciwieństwo Misaki, jest zdecydowanie radykalną osobą. Przeżywa ciężką sytuację w domu i ciągły stres bycia następną ofiarą, w dodatku zostaje przewodniczącą, która nie boi się podjąć drastycznych kroków, by ochronić najbliższą przyjaciółkę, rodzinę, no i przede wszystkim siebie.

Ilustracje Kiyohary Hiro miejscami są niezwykłe i wykonane z dokładnością. Zdarzają się kadry pokazujące prawdziwą grozę zawartą w czterotomowej serii. Jednakże częściej widać po prostu rysunki twarzy, które mogłyby być lepsze, tak samo jak i tła.  Okładki utrzymane są w tym samym stylu, ładnie się dopełniając. Na szczęście w mandze Tsumitsuki. Demon grzechu, ilustracje  Kiyohary ewoluowały w lepsze i ciekawsze.

Ogólnie, mangę Another bardo polecam. Tajemnice nie tylko klątwy, ale także skrywane przez bohaterów zasysają jak nowo kupiony odkurzacz. Rysunki wystarczające, żeby czasami westchnąć. Zakończenie zmuszające cię do ponownego przejrzenia niektórych scen. Jeśli po przeczytaniu wciąż będziesz spragniony zmasakrowanych ciał, pamiętaj, żeby zobaczyć adaptację anime. Krew się poleje posoką!




Ilustracje należą do Kiyohara Hiro, Ayatsuji Yukito Another

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Hirunaka no Ryuusei: Oglądając gwiazdy spadające za dnia

Tytuł: Hirunaka no Ryuusei
Autor: Yamamori Mika
Ilustrator: Yamamori Mika
Ilość tomów: 12
Wydawnictwo: Waneko
Gatunek: romans, szkolne
Docelowy odbiorca: shojou
Ocena: 7/10 (typowe, ale przyprawia o doki doki)

Niektórzy lubią brazylijskie telenowele, inni, co gorsza, polskie; ja zaś kocham się po cichu w shoujo mangach. Hirunaka no Ryuusei, czyli mniej więcej <gwiazda spadająca za dnia> jest kolejną historią o miłosnych rozterkach licealistki. Mundurki, bishe i doki-doki będą nam towarzyszyć do samego końca. A więc cieszcie się, bo Waneko wyda naprawdę porządną, dziewczęcą serię.

Yosano Suzume to zwyczajna licealistka - lubi sport, nie za bardzo brata się z podręcznikiem, jest rybim nerdem, a podczas wagarów wygląda za spadającymi gwiazdami . Tak, w ciągu dnia. Niełatwo byłoby się z nią utożsamić, gdyby nie fakt, że Suzume jak każda inna nastolatka (właściwie jak każdy człowiek poza mną) ma problemy miłosne. Ale od początku... Pewnego dnia rodzice nagle oznajmiają Yosano, że, w związku z pracą ojca, wyjeżdżają do Bangladeszu. Dziewczyna, mieszkająca na wsi (najbliższy sklep 20 min samochodem), będzie musiała przenieść się do samego centrum rozrywki, gniazda trendów i roju technologicznych ustrojstw, (dam-dam-dam) do Tokio, gdzie będzie się nią opiekować brat matki. Suzume nie ma innego wyjścia, pakuje walizy, zostaje wycałowana przez klasę i jedzie siną w dal, by zgubić się w ogromnym mieście. Pomaga jej oczywiście rycerz na białym koniu, czyli dziwny facet, który prezentuje się raczej... podejrzanie. Pamiętajmy jednak, by nie sądzić po pozorach. Rycerz mieni się Shishio Satsuki i pomaga dotrzeć omdlałej protagonistce do zaniepokojonego wujka. Choć Yosano podejrzewa swojego wybawiciela o bliskie stosunki z wujaszkiem, nie zgłębia tematu, gdyż następnego dnia wybiera się do nowej szkoły. Co za przeżycie! Nowy mundurek (właściwie jeszcze nie wiadomo kiedy przyjdzie), nowi przyjaciele (ostatecznie to nikt się do niej nie odezwał) no i przystojny wychowawca (który oczywiście był domniemanym kochankiem wujka). Od tego momentu Chun-chun (jak woła na nią nauczyciel) walczy o swojego pierwszego przyjaciela, Mamurę Daiki'ego, którego praktycznie zdobyła szantażem, zbliża się do pozornie słodkiej Yuyuki i zauważa niepokojące migotanie przedsionków na widok wychowawcy. Czworobok miłosny czas zacząć!

Shoujo jak to shoujo - miłosne kłopoty. Są niedomówienia, pomyłki, wujek kupujący słodkie pidżamki, wybory, zakochane przyjaciółki, zerwania, wrestling w kręgielni i łzy. Głównym haczykiem, który ma nas kupić jest zakazana miłość - uczennica x nauczyciel. Jestem otwarta na różne mangowe zboczenia, ale to co mnie pozytywnie nastawiło, to to, że nikt jakoś nie potęgował faktu, że sercowym wybrankiem Yosano jest wychowawca. Skupiono się na Shishio jako na osobie, a nie na jego funkcji.

Bohaterowie nie są jacyś super oryginalni, ale można się do nich przywiązać i kibicować w trudniejszych momentach. Yosano w pierwszych rozdziałach wyróżnia się swoją spokojną ekspresją, ryboznawstwem i prostym charakterem, ale później staje się bardziej typową bohaterką (więcej różowych policzków, więcej sercowych zagwozdek). Mimo to podziwiam ją za jej odwagę - nie ważne jak by trudno nie było, potrafi związać włosy w kucyk i stawić czoła porażce, zamieniając ją w osiągnięcie. Motto tej bohaterki to zawsze brnąć do przodu. Shishio, mający już za sobą 24 wiosny, to w skrócie - jedno z najlepszych ciach w szkole. I tak to zostawmy. Pierwsza przyjaciółka Suzume, Nekota Yuyuka przypomina Moe z Przyjaciółek, pozornie słodkie dziewczę, mówi to, co myśli, jest zgryźliwa i nie pozwala sobie wejść na głowę. Poza tym zawsze wspiera swoje przyjaciółki, dba o ich samopoczucie i życie miłosne, no i jest zakochana w Mamurze Daikim. Mamura chronicznie boi się nawiązać jakikolwiek kontakt z płcią przeciwną. Niesamowicie nieśmiały, przystojny chłopak, ostatecznie zaczyna przyjaźnić się z główną bohaterką i ewoluuje od "co to za irytujące babsko" aż do stanu "doki-doki". Masz nasz wszędobylski czworobok.

Dużym plusem mangi jest docenienie każdej postaci. Drugoplanowi przyjaciele Yosano również dostają swój moment na miłosne rozterki. Nikt tak naprawdę nie zostaje potraktowany po macoszemu, tak więc, jeśli polubiłeś Monikę (bujne, kręcone włosy), czy Nanę (ruda czupryna), będziesz miał okazję na przeczytanie ich własnych historii.

Design postaci jest oczywiście ogromnym plusem. Wszyscy są na swój sposób piękni i gładcy, aż chciało by się przyssać. Nawet przez chwilę myślałam, że mama Suzume jest jakimś nowym bishounenem, który będzie walczył o naszą protagonistkę. Świetne i różnorodne stylizacje bohaterów stawiają pod znakiem zapytania własną garderobę. Nie mówiąc o fryzurach. Yosano z warkoczykami, prostymi włosami, czy kucykiem - w każdej nowej fryzurze wyglądała ładnie i ciekawie. Jeżeli chodzi o trzy pierwsze okładki, uważam, że wyglądają bardzo dobrze i charakterystycznie. Później wygląda to średnio - niby fajnie, ale bez połysku.

Historia ciekawa, ale niezbyt oryginalna (jak to w każdej mandze shoujo). Humor wystarczający, żeby uśmiechnąć się 5 razy na tom. Świetna stylistyka postaci. Ciekawa miłosna seria z niezłym plot twist'em na samiutkim końcu (niezła z tej mangaczki zgrywuska). Jeśli przekonałeś się, że ten rodzaj mangi jest dla ciebie, będzie to idealna pozycja, by walczyć z innymi fanami, kto powinien z kim się związać. Polecam zdecydowanie!


PS: Ja od początku kibicowałam SuzumexMamura, a ty?

Ilustracje należą do Yamamori Mika Hirunaka no Ryuusei

piątek, 7 sierpnia 2015

6000: Rzeź na morza dnie*

Tytuł: 6000
Autor: Koike Nokuto
Ilustrator: Koike Nokuto
Ilość tomów: 4
Wydawnictwo: Yumegari
Gatunek: horror
Docelowy odbiorca: dorośli
Ocena: 6/10

Jako że panuje obecnie apogeum temperatury, postanowiłam udać się 6000 m pod powierzchnię oceanu. Na łodzi podwodnej Cofdeece, co prawda słońca nie uświadczysz, ale atmosfera i tak jest gorąca (choć mrozi krew w żyłach).

Historia wita się z nami sprzątaniem stacji podwodnej. Nic tu jednak po perfekcyjnej pani domu. Substancja, znajdująca się zarówno na podłodze, jak i ścianach, przypomina materię organiczną (no nie czarujmy się, horror horrorem, a więc coś pewnikiem rozwaliło człowieka). Po mrocznej scenie mającej wzbudzić nasze zainteresowanie, poznajemy głównego bohatera serii, który nazywa się Kadokura Kengo. Nasz protagonista pracował niegdyś dla japońskiej firmy, która została kupiona przez Chińczyków. Kiedy reszta pracowników zmieniła pracodawcę, Kadokura, ze swym kompanem Danzakim, postanowili zostać. Obiecał on Kengo, że załatwi im w nowej firmie coś fajnego. Nasz protagonista ślepo podąża za przyjacielem aż na platformę na końcu świata (a przynajmniej na środku oceanu), pocieszając się ciągle, że przecież nie będzie sam. A gdzieżby! Wchodząc do windy, która ma przewieść bohatera 6000 m pod wodę, mija się z kolegą, który widocznie słabo przestrzegał BHP, bo ma poderżnięte gardło. Jak każdy z nas w takiej sytuacji, Kadokura łapie się za głowę i myśli jakby to się z tego wszystkiego wymigać (no kraulem przecież nie wypłynie). Jednakże ostatecznie zostaje pod wodą, jako asystent Wein Chan Guo, który ma kierować przywróceniem Cofdeece do ponownej używalności. Główny bohater, w ciągu swojego pobytu, dowiaduje się, że trzy lata temu coś stało się z poprzednią ekipą, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach (niby się tłumaczą, że to pożar, no ale horror to horror, więc...). Z czasem rodzi się coraz więcej pytań, a nasi protagoniści już sami nie wiedzą w co tak naprawdę wierzyć. Czy halucynacje pojawiające się w ciemnościach naprawdę są tylko zwykła marą, wywołaną dyskomfortem przebywania w zamkniętym obiekcie z dala od światła? Dlaczego winda na powierzchnię została nagle odłączona? I czy Kadokura przeleci śliczną panią mechanik, Kusakabę Miwę?

Pozycja całkiem ciekawa, przyjemna w odbiorze (mam spaczoną percepcję) i rzeczywiście budząca niepokój u czytelnika. Według mojego widzi-mi-się, z początku fabuła powinna była być poprowadzona wolniej i dokładniej. Nie czułam się za bardzo zżyta z bohaterami i nie poznałam ich tak bardzo jak chciałam, gdyż od stanu niepokoju przechodzimy od razu przez "ło matko" aż do "co sie wogle tutej dzieje". Wierzę, że można to było wykorzystać, pokazując jak załoga zmienia się i stresuje pod wpływem miejsca, w którym przebywa. Co się tyczy załogi - mamy miłych mechaników, ludzi z góry, którzy są zimnokrwistymi dupkami i naszych trzech główniejszych bohaterów. Kadokura Kengo z reguły krzyczy, ucieka, walczy, znów ucieka (szybciej niż inny pomimo zwichnięcia) i w ogóle zawsze chce go coś pożreć - no ma chłopak pecha. Pani główny mechanik, Kusakaba Miwa - odważna, ładna i zna się na przewodach. W pewnym momencie odpowiedzialna za całość operacji, przez co dostaje załamania, a mimo to i tak myśli lepiej od reszty. A na deser pół Chińczyk, pół Japończyk, Xia Nozomi, hybryda, która chce się dowiedzieć czegoś o wydarzeniu sprzed trzech lat i robi za programista/haker/informatyka. W sumie przystojny.

Jeżeli chodzi o ciemną stronę, choć było to nierealne, liczyłam na coś w stylu Agatha'y Christie (morderca jest jednym z nas), ale od samego początku autor nie daje nam żadnych złudzeń - mierzymy się z czymś większym. Antagonistyczność została wykonana ciekawie i, rzeczywiście, gdy zrobiło się ciemniej zapaliłam lampkę. Nie sądzę jednak, że sposób w jaki dostała się ona do fabuły był "naturalny" dla bohaterów. Wiem, że ludzie odwalają różne rzeczy gdy są w krytycznej sytuacji (jak twierdzą mangi i anime), ale nie sądzę, że gdyby byli w takiej to odwaliliby to co odwalili w mandze (to tak bardziej osobiste preferencje). Głównie z tego powodu w trakcie lektury cmoknęłam pod nosem.

Rysunki są "brudne", niedokładne, czyli horrorowe, pasujące do opowieści i stwarzające klimat, choć oczywiście nie tak dobre jak w Hideout. Autor eksponował aspekt ciemności i tego, co się może w nich czaić, dlatego często z całkowicie ciemnego kadru łypała na odbiorcę lekko zarysowana maszkara. W związku z tym trzeba się było wpatrywać coraz bardziej, a im bliżej przybliżałeś nos, tym bardziej chciałeś go oddalić. Od czasu do czasu pojawiały się rysunki samej stacji, zawsze pogrążonej w ciemnościach, małej i bezbronnej w porównaniu z otaczającą ją pustką.

Polecam tym razem fanom horrorów, a nie tylko gore. Manga ciekawa, czasami zaskakująca, z nietypowym rozwiązaniem. Kreska odpowiednie do serii, szczególnie rysunki zarazy, co to bazę nawiedza. Trochę spłycone rozwijanie postaci, choć to nie oni są tak naprawdę ważni w całej historii, a wydarzenia sprzed trzech lat, które mają całkowity wpływ na teraźniejszą fabułę; choć mam wrażenie, że można było zrobić z nią jeszcze więcej, nie narzekam, szczególnie jak odkryłam co nas czeka w 3 i 4 tomie (przypominało mi Uzumiaki, czy Gyo Junji'ego Ito). Polecam, można się przestraszyć.


* właściwie oceanu, ale lepiej brzmi

Ilustracje należą do Koike Nokuto 6000

wtorek, 4 sierpnia 2015

Ousama Game: Bo królowi się nie odmawia...

Tytuł: Ousama game
Autor: Kanazawa Nobuaki
Ilustrator: Renda Hitori
Ilość tomów: 5
Docelowy odbiorca: dorośli
Ocena: 5/10 (średniak)

Skoro manga będzie miała premierę w Polsce 10 grudnia, tuż przed One Punch-Man'em, musiałam zerknąć co tym razem JPF przygotowuje dla swoich czytelników. Muszę przyznać, że zdołałam się oderwać dopiero po przeczytaniu zakończenia. Mocna, ale shounen'owa (nakama power). Nie tak dobra jak Battle Royal czy Another, choć naśladuje. Wciągająca, ale mocno średnia. Oto gra w króla!

Jak grać w króla pokazały nam już różne mangi, np.: I''s. Podczas losowania jedna osoba staje się królem i rozkazuje pozostałym uczestnikom. Jednakże co by było, gdyby zabawa przestałaby być zwykłą rozrywką, a przeistoczyła się w nieludzką rzeź? Pewnej nocy 32-osobowa klasa otrzymuje sms'a, mówiącego o rozpoczęciu się gry wraz z pierwszym wyzwaniem. Pocałunek nie stanowi wielkiego wyzwania, ale macanie, czy seks zaczynają wszystko komplikować. Z początku urozmaicenie porannych zajęć zmienia się w walkę o przeżycie. Czasem trzeba będzie zagłosować kogo zabić, czasem wylosować tego kto umrze, a wszystko to pod groźbą 24-ro godzinnego limitu i kary za niewykonanie zadania, którą zazwyczaj jest śmierć.

Jako wielka fanka horroru, cieszyłam się łzami, potem i latającymi kończynami, jednakże całokształt (poza litrami krwi) nie prezentuje się jakoś okazale. Przede wszystkim bohaterowie nie byli zbyt dobrze skonstruowani (wyłączając scenę "seks w ciągu 10 minut"). W powietrzu unosił się Nanahara Shuuya z  Battle Royal, jeszcze bardziej shounen'owy, który nie ważne ile by nie przeszedł zawsze ratowałby wszystkich bez wyjątku. Iwamura Ria była postacią, która pełniła rolę geniusz - ni to wróg ni sojusznik, która miała być intrygująca, wprowadzając dodatkową dawkę niepewności. No trochę nie wyszło, Reszta klasy się nie wyróżniła.

Pomimo rutynowych protagonistów, muszę przyznać, akcja trzymała za jaja. Śmierci wyglądały nienaturalnie, nie wiadomo kim był tytułowy król (ousama), a ludzie jak ubywali tak ubywali. Oczekiwałam jakiegoś dziwnego, niesamowitego rozwiązania, ale zastałam rozczarowanie. Nie ma o czym się rozpisywać. Koniec jest zły i już. To tak jakby na pytanie "Dlaczego jest tak, a tak?" odpowiedzieć: - Bo tak zostało stworzone (wersja dla heretyków: - Bo magia.). No cóż...

Graficznie manga jest miła dla oka. Trochę niedociągnięć i brak dobrych teł. Czasami ogólnie brak teł. Bywało, że przypominała mi brutalny styl Battle Royal. Przez to, że bohaterowie dość często pociągali nosem, zwróciłam uwagę na trochę dziwny wygląd łez i zapłakanej twarzy.

Podsumowując, mangę mogę ostatecznie polecić początkującym fanom gore. Prawdziwe napięcie emocjonalne znajdowało się w pierwszym tomie, który niestety prowadził do niezadowalającego końca, Niektóre rozwiązania były... niemądre, choć nie mogę powiedzieć, że nie siedziałam przyklejona do monitora aż do ostatniej strony. Ousama Game jest zdecydowanie średniakiem i wierzę, że znalazłyby się ciekawsze tytuły do pokazania polskim czytelnikom, ale z drugiej strony cieszę się na myśl, iż coraz więcej horrorów znajdzie się na mojej półce. Nie zapomnijcie, że czeka nas Higurashi.


 Ilustracje należą do Kanazawa Nobuaki i Renda Hitori Ousama Game

JPF i MADHOUSE inwestują w One Punch Man'a

 Wszystko zaczęło się od komiksu umieszczanego na stronie internetowej w 2009 roku przez autora fabuły One Punch-Man'a, ukrywającego się pod pseudonimem ONE. Ogromne zainteresowanie projektem sprawiło, że seria jest obecnie przerysowywana przez utalentowanego ilustratora, Yuuseke Murata. Ale czy manga jest na tyle dobra, aby w nią inwestować?
Studio Madhouse odpowiada twierdząco, dzięki czemu już w jesiennym sezonie będziemy cieszyć się adaptacją anime. Po samym trailerze będę oczekiwać rozmachu, epickości i niezłego pierdolnięcia (najważniejsze, że Genos jest przystojny).
Jednocześnie nasze polskie wydawnictwo JPF ogłosiło wydanie mangi. Pierwszy tom ukaże się 14 grudnia, tak więc niektórzy znają już swój gwiazdkowy prezent (nie ma to jak prenumerata). Czy warto tom umieścić na swojej półce? Przeczytaj. (późniejszy link)
Osobiście wierzę, że zarówno manga jak i anime zarobią sporo i bardzo dobrze. Chcesz wiedzieć dlaczego? Obejrzyj pierwszą stronę.



niedziela, 2 sierpnia 2015

Nao Tsukki pojawi się w Polsce pod znakiem Waneko

Już 27 sierpnia będziemy mogli powąchać pachnący prasą drukarską tomik japońskiej artystki Nao Tsukki. Dziewczyny z ruin (Haikyo Shoujo) to zbiór czterech historii. Z pozoru proste, a jednak intrygujące i wciągające, czasem przypominające baśnie z palety H. Ch. Andersena.
Opowieści Nao Tsukki mówią o miłości, tej romantycznej, rodzicielskiej, czy artystycznej. Bohaterowie zaś, taką miłością motywowani, mają za zadanie dowiedzieć się czegoś o sobie i
przejść metamorfozę, która może zaprowadzić ich do bajkowego happy endy. Ale nie musi. Wszystko zależy od samych postaci.
Historie o niefortunnym morderstwie, mieszkaniu w szufladzie, materialistycznym kapeluszniku i zażywaniu LSD w szkole muzycznej zaczynają się, opierają lub kończą zawsze pośród tytułowych ruin... A wszystko doprawione pięknymi ilustracjami, ciekawymi zabiegami kompozytorskimi oraz dobrym designem postaci.
Jak da mnie pozycja konkretna i bogata, która z pewnością zakończy się westchnieniem podziwu.




Ilustracje należą do Nao Tsukki Haikyo Shoujo.