środa, 23 września 2015

Shimoneta to Iu Gainen ga Sonzai Shinai Taikutsu na Sekai: Niech żyją sprośne żarty!

Tytuł: Shimoneta to Iu Gainen ga Sonzai Shinai                          Taikutsu na Sekai
Studio: J.C.Staff
Ilość odcinków: 12
Sezon: Lato 2015
Gatunek: komedia, zboczeństwa, szkolne
Ocena: 7/10

Wstęp:
W młodości czytało się to Orwella, to Huxley'a i kiedy jesteś już przekonany, że o tak poważnych sprawach trzeba poważnie mówić wchodzi Shimoneta. Nowomowa, nadzór obywateli i ruch oporu w nudnym świecie, gdzie nie istnieje koncept sprośnych żartów? Jestem na tak!

Historia:
W przyszłości Japonia to kraj całkowitej czystości. Żeby pozbyć się brzydkich i niewłaściwych rzeczy dla dzieci, rząd wydał nakaz zniszczenia całej pornografii. Pamiętasz, co chowasz pod łóżkiem - spalone. Wszystkie twoje waifu z kolekcji eroge - zdeptane. Poduszki, figurki, zdjęcia - za to się idzie siedzieć. A na tym nie koniec. Władza patrzy nie tylko na ręce, ale także na twoje usta. Ludzie noszą na szyjach obroże, które reagują na zakazane słowa. Można sobie wyobrazić jak eufemizmy wylęgają się w mgnieniu oka. Nic bardziej mylnego, bo jak można mówić o czymś, o czym nie ma się pojęcia?
Odcinek 3

W świecie Wielkiego Brata dorastał Tanukichi Okuma. Gdy nasz protagonista był jeszcze dzieckiem, jego ojciec nie przestrzegał ścisłych reguł dotyczących praw tabu i dzielnie walczył o uwolnienie sprośności. Niestety policja złapała go gdy wykrzykiwał niewygodne hasła i rozrzucał prezerwatywy przed budynkiem władzy. Tanukichi zaczął być wytykany palcami. Czas spędzał w samotności, gniewając się na ojca. Jednak pewnego razu dziewczynka o imieniu Anna podeszła do chłopca bez lęku i pobawiła się z nim. Po kilku latach z gimnazjum o niskiej moralności, Okuma, podążając za czystą i niewinną Anną, dostał się do jednej z najlepiej renomowanych szkół. W końcu będzie mógł przebywać ze swoją nieskazitelną senpai. Ale co się stanie, gdy natrafi najpierw na Blue Snow, terrorystkę, która latając w samym prześcieradle i masce z majtek rozrzuca zboczone zdjęcia i wykrzykuje: P*NIS! na całe gardło? Pójdźmy dalej, co gdyby ta terrorystka, Ayame Kajou, należała na samorządu uczniowskiego w liceum, gdzie dostał się również nasz protagonista? I gdyby wmieszała Tanukichi'ego w pobudzanie uczniów, kradzież moczu, czy konstruowanie erotycznych zabawek?

Opinia:
Odcinek 6
To anime jest świetne na wiele sposobów. Po zboczonej antyutopii można się niby spodziewać wszystkiego, ale kto by przewidział wibrujące cycki, czy wagino-jaskinię? Komizm słowny, sytuacyjny i postaci umila nam czas poświęcany grupie S.O.X., która walczy o prawa sprośnych żartów. Humor zalewa cię od dialogów do designu postaci (bohaterka z fryzurą w kształcie penisa!), a dotyczy on wszystkiego, co w Japonii kochamy: złodziei bielizny (pantsu!), loliconu, trapów oraz YAOI. Zboczeńcy zaznajomieni z serią Seitokai Yakuindomo, dostrzegą analogię pomiędzy parą głównych protagonistów. Tak jak Tsuda prostuje Shino, tak Tanukichi komentuje Ayame (nie mówiąc o designie postaci). Do tego warto wspomnieć o openingu, który jest po części parodią power rangers i tego typu bohaterów. Nie mogłam się zmusić, żeby go przewinąć.

Odcinek 1
Ale czy zboczony samorząd uczniowski to jedno nawiązanie. Drugie, wcale nie o dziwo, dotyczy poważnych klasyków. Pytacie się, co ma wspólnego Shimoneta z Rokiem 1984? Całkiem sporo. Na pozór przyjemny świat, gdzie nic nie zagraża nieświadomości dzieci, jest światem zniewolonym, w którym nie ma się własności do swojego ciała. W powieści Orwella tłumaczono nam, że seks ma być czymś machinalnym, obrzydliwym, wykonywanym tylko dla dobra partii, by rozmnażać ludzkie zasoby. W Shimonecie to temat tabu. Wydaje się, że wykluczeniu z języka kilku słów i zniszczeniu bodźców wzrokowych załatwi sprawę, a tutaj proszę, wchodzi projekt bielizny, co miała ukochana Robin Hooda w Facetach w rajtuzach. Do tego specjalne bransolety, działające jak ekran telefonu, które rejestrują ruchy ręki (strzeżcie się fapacze!). Od czasu do czasu anime schodzi na poważniejszy ton i mówi, że nasze ciało wcale nie jest nieczyste ani obrzydliwe, a pożądanie to część ludzkiej natury. Żyjąc tak w nieświadomości, ludzie nie są w stanie odróżnić miłości od pożądania, ba!, nie potrafią w ogóle zrozumieć, że są zakochani.

Opening
Właśnie temu sprzeciwia się Ayame Kajou, vice-przewodnicząca, przyjaciółka Anny, a pod majtkami terrorystka, Blue Snow. Sympatyczna postać ze wspaniałym, złowrogim śmiechem, posiada telefon, który pozwala jej mówić sprośne słowa przez 5 minut dziennie. Buduje własną grupę, która rozprowadza po szkole pornografię i uświadamia młodzież. Zawsze ma w rękawie jakiś plan na czarną godzinę. Jeżeli myślisz, że to rozpustna baba, to mylisz się całkowicie. Ayame bywa nieśmiała i nigdy nie chce nikogo zranić. Wydawało mi się, że Tanukichi zostanie postacią, która, zaszantażowana, będzie wlec się niechętnie za przewodniczącą i jak tsundere, nie przyzna się, że lubi pracować w S.O.X. Tymczasem było zupełnie inaczej. Okuma zrozumiał Kajou i zaangażował się w sprawę uwolnienia sprośnych żartów: nawet zrobił sobie najlepszy w dziejach strój dla superbohatera. To jak udawał damski głos w pokoju pielęgniarki, został postacią w homo-mandze dla dziewcząt, czy atakował wibrującą stopą złodziei majtek wzruszyło mnie do łez.

Odcinek 2
Poza Saotome Otome, rysowniczką zboczonych ilustracji, Kosuri, dziewczyna-penis, czy Fuwy Hyouke, zgłębiającą proces zachodzenia w ciążę, warto wspomnieć o Annie. Nie, nie warto. Trzeba. Nishikinomiya Anna to przewodnicząca rady uczniowskiej, najbardziej nieskazitelna niewiasta, której rodzicami są główni działacze w sprawie usuwania erotyki. Ale czy na pewno? Dziewczyna nierozgraniczająca co jest sprośne, a co nie, po rozbudzeniu swojego ciała pocałunkiem, staje się chodzącą definicją zboczeńca. Swoje seksualne pociągi kieruje na biednego Tanukichi'ego, który musi od teraz trzymać przy sobie swoje bokserki. Piękna odmiana yandere.

Shimoneta ma swoje wady, ale tylko jedna wydaje się na tyle ważna, żeby się o niej rozpisać. Niepotrzebny odcinek 12. Przynajmniej nie jako zakończenie serii. Część 11. jest skonstruowana jako idealna końcówka dla tego całego zboczeństwa. W 12. tyle rzeczy jest nielogicznych i niepotrzebnych, jak choćby Nishikinomiya Sophia. Moim zdaniem epizod ukrytego skarbu mógłby się mieścić w okolicach 5, 6 odcinka, ale na pewno nie jako zwieńczenie całości. W mojej ocenie nawet go nie liczę. Po prostu walka z bosem była zbyt dobra (ciągle bolą mnie sutki).
Odcinek 11

Ocena:
Shimoneta jest zabawna, z pomysłem i całkiem przyjemna do interpretacji. Chcesz zobaczyć trapa - masz; coś dla fanów yaoi - jasne; pragniesz oglądać wąchanie bielizny - prawdopodobnie jesteś chory. Polecam!


sobota, 19 września 2015

Fate/kaleid liner Prisma☆Illya: Kto nie chciałby zostać magiczną dziewczynką?

Tytuł: Fate/kaleid liner Prisma☆Illya
Studio: Silver Link
Ilość odcinków: 10
Sezon: Lato 2013
Gatunek: magiczne dziewczynki, akcja, fantasy, komedia
Ocena: 6/10

Wstęp:
Nikt tak nie bawi się swoim stereotypem jak mahou shoujo. Myślisz, że masz tu słodką dziewczynkę, co jeszcze podstawówki nie skończyła, to się napatrzysz na pierwsze miłości, przyjaźnie i wycinanie kwiatków na lekcji plastyki. A tu proszę, jedna nie ma duszy, druga głowy, a trzecia wykrwawia się powoli na naszych oczach. Typowe mahou shoujo.

Historia:
Toosaka Rin oraz Luviagelita Edelfelt (ach te szlacheckie imiona) są magiczkami. Obiecano im, że jeżeli wykonają pewną misję, zostaną uznane za uczennice potężnego maga. Ich zadaniem nie będzie zdobycie rzadkiego składnika, czy odzyskanie tajemniczego zwoju - muszą zebrać karty, znajdujące się w Japonii. Oczywiście nie takie, które można bezkarnie tasować - karty posiadające w sobie siłę bohaterów, których najpierw trzeba pokonać. By ułatwić dziewczynom zadanie, Rin i Luvia zostają właścicielkami dwóch różdżek, potrafiących uczynić swego posiadacza magiczną dziewczynką. Potężną magiczną dziewczynką. Jednakże Ruby i Sapphire (berła) zostają bezczelnie wykorzystane do walki pomiędzy czarodziejkami. Postanawiają zatem zmienić swoje panie.

Illyasviel von Einzbern jest zwyczajnym dzieckiem - chodzi do szkoły, ma dużo przyjaciół i lubi oglądać anime. Nie patrzmy na to, że mieszka z dwoma pokojówkami. Pewnego wieczoru, w czasie kąpieli, Illya wypatruje na niebie błyszczący przedmiot, który wlatuje przez okno, nokautując przy okazji przybranego brata, Shirou (menda przylazł do łazienki, jako pretekst do małego ecchi). Okazuje się, że niezidentyfikowanym obiektem jest magiczna różdżka, Rubi. Illya zdezorientowana chce wyrzucić przybysza przez okno, lecz gdy tylko go dotyka, ta rejestruje dziewczynkę jako swoją właścicielkę. I oto nagle mamy nową mahou shoujo.

Odcinek 1
Gdy Rin w końcu znajduje Illyę, zostaje jej mentorką i próbują razem zebrać karty. Przy swoim pierwszym pojedynku z bohaterem, nieporadnej Illyi pomaga Miyu, dzierżąca drugie berło i sprzymierzona z Luvią. Jednakże dziewczyna nie jest skora do współpracy. Deklaruje się, że karty zdobędzie samodzielnie. Illya jednak nie odpuszcza. Ale co się stanie, gdy bycie magiczną dziewczynką będzie odmienne od tego, co pokazuje anime. Słodki strój to jedno, lecz gdy przyjdzie ryzykować własnym życiem, czy bohaterka zdobędzie się na poświęcenie, by walczyć za swoich przyjaciół?

Opinia:
Fate/kaleid to projekt, który nie wiedział, w którą stronę tak naprawdę pójść. Mamy coś, żeby się pośmiać, coś poważniejszego, trochę fanserwisu i sztampowe rozwiązania. Humor był fajny i zboczony, parsknęłam nieraz i nie dwa, ale czasami wydawał się wymuszony i niepotrzebny, przykładowo kiedy Sella (jedna z pokojówek) wykłócała się o swoje piersi. Bardzo dobry był odcinek 6, na który poszła prawdopodobnie połowa budżetu. Walkę sprezentowano w nim dynamicznie, ładnie, z dobrymi kadrami. I był to jeden z nielicznych momentów angażujących, wchodzących na pole dla dojrzalszego widza.

Odcinek 5
Prawdziwy, wymagający pojedynek i przerażenie Illyi, że to przecież nie anime, można się skaleczyć i umrzeć - to nie do końca wykorzystane wątki. Scena walki nie jest krótka, ale kiedy Sapphire nagle wyskakuje, napięcie zostaje nadwątlone. Według mnie tej scenie powinno pozwolić trwać.

Rozumiem szczęśliwe zamykanie wątku, w końcu anime mieści się w mahou shoujo, jednak twórcy mogliby trochę namieszać - nie wiem, może kogoś po drodze zamordować (po prostu marzę o kolejnym Fate/Zero). Chociaż przecież dostałam motyw shoujo ai i yandere, więc powinnam się w kwestii zakończenia zamknąć. 

Odcinek 5
Co do tworzenia według szablonu: Illya jest zwyczajną, słodką dziewczynką, która wierzy w siłę wyobraźni, a Miyu to ta kuudere: chłodna, nieśmiała, nie radzi sobie dobrze z ludźmi i nie ma przyjaciół, ale dobrze wygląda w stroju pokojówki. I jakoś mi to w tym tytule nie przeszkadza. Osobiście dodałabym do gatunków parodię - wtedy bohaterki pasowałyby jak ulał. Szczególnie jeżeli uwzględnimy Luvię, typową arystokratkę, która ma irytujący śmiech pani mikołajowej, wielką chałupę, i helikopter. U Rin, w przeciwieństwie do swojej bogatej rywalki, hajs się nie zgadza. Można o niej powiedzieć, że jest w porządku, opiekuje się Illya, chroni tyły i działa szybko. No i całkiem fajnie wygląda z kocimi uszkami.

Bardzo miło obserwowało się postacie i świat z Fate w innej odsłonie. Mało było Shirou i dobrze, bo jego im mniej tym lepiej. Zupełnie niepotrzebnie stworzono jakiś tam wątek pomiędzy Illyą a tym.
nudnym pomidorem. Jedyny plus, to krew z nosa w pierwszym odcinku. Esencje bohaterów zgromadzone w kartach to oczywiście nasi herosi z poprzednich serii: był jeździec, szermierz, mag, berserk, zabójca i łucznik, z czego trzy ostatnie walki były całkiem całkiem. Z resztą, wszystkie te nawiązania na pewno ucieszyły fana Fate.

Co się tyczy fanserwisu - nieźle. Choć boli, że pozować dla nas mają dziewczynki z podstawówki, oj boli, to nie ma tego cierpienia aż tak dużo. Najintensywniej wypada w tym świetle
odcinek siódmy, którego kadr można podziwiać poniżej.

Odcinek 7
Ocena:
Wynik końcowy: ok. A to wszystko za nawiązania, walkę oraz shoujo ai. Jeżeli jednak autorzy przygotowali dla nas kolejne sezony, powinni wiedzieć, jaką drogę obrać: trochę więcej seinen, mniej niepotrzebnego humoru i najlepiej wyrzucić Shiro na zbity pysk. Polecam.

środa, 16 września 2015

Nowicjuszka: Można? Można.

Tytuł: Nowicjuszka
          The Novice
Nazwa serii: Trylogia Czarnego Maga (tom II)
Autor: Trudi Canavan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Okładka: Steve Stone/ Artist Partners LTD.
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Gatunek: fantasy
Ilość stron: 588
Cena: 17,90 zł
Ocena: 5/10
Wstęp:
Czasami mam już czasami dość swojego ciężkiego życia: zimne stopy, świeży siniak na nodze, rozlana herbata... Dlatego człowieka ciągnie do śmiesznego świata nastoletnio-dorosłych problemów, z którymi możemy się utożsamić, ale z bohaterami już nie. Właśnie dlatego sięgnęłam po Nowicjuszkę. Żeby poprawić sobie humor cierpieniem dręczonych rówieśników, osamotnienia, nietolerancji... Zaraz, zaraz, czy to ciągle jest kontynuacja tej sagi o Magach, Gildiach i czarach?

Historia:

Sonea, pomimo gróźb i szantaży, dostała się do Gildii i jak głosi tytuł, została Nowicjuszką. Gdyby nie tajemnice Wielkiego Mistrza, który być może para się czarną magią i jest seryjnym mordercą, dziewczyna z radością wiodłaby bezproblemowe życie nastoletniej Magiczki. Czy aby na pewno? Podczas swojego zaprzysiężenia Sonea odbiera zewsząd negatywne fluidy. No tak, w końcu pochodzi ze slumsów, a odkąd powstała Gildia Magów, Nowicjuszy wybierano jedynie z grona szlachty. Czy przez głupią dumę Domów będzie poniżana, dręczona i izolowana? Jakżeby inaczej. Główna gnida, Regin, posiada zdolności towarzyskie i przywódcze, których nie omieszka wykorzystać przeciwko naszej protagonistce. Chłopak z dobrego domu napada na Soneę grupowo, niszczy jej rzeczy, oskarża o kradzież oraz o intymne kontakty z mentorem, Rothenem - a to tylko kilka przykładów, kiedy będziecie życzyć mu łamania kołem. Dziewczyna postanawia przenieść się do starszej grupy, ale czy w ten sposób uda jej się ominąć przyrodniego brata Joffreya?

Nie zapominajmy również o Wielkim Mistrzu (Akkarinie) i serii morderstw, która nawiedza slumsy. Administrator, szkolny przyjaciel przewodniczącego Gildii, niechętnie łączy fakty ze wspomnieniami Sonei. By przygotować się na możliwe starcie z Mistrzem, Lorlen wysyła zadanie nowemu ambasadorowi w Elyne, sympatycznemu Dannylowi, by prześledził podróż Akkarina, zanim został przywódcą Gildii. Dyplomata nie tylko podąża śladami domniemanego mordercy, ale również mierzy się z przeszłością - niewygodnymi plotkami o zbyt bliskiej przyjaźni ze starszym kolegą podczas nowicjatu. Czy razem z przyjacielem Tayendem odnajdą odpowiedzi na pytania swoje i swoich towarzyszy?

- Tak, w dzieciństwie zdarzało mi się kraść jedzenie i pieniądze - przyznała, zmuszając się do podniesienia głowy i spojrzenia Issle prosto w oczy - Ale tylko wtedy, kiedy głodowaliśmy albo zbliżała się zima i potrzebowałam butów i ciepłego ubrania.

Oczy Issle zabłysnęły triumfalnie.

- A zatem jesteś złodziejką.1
Opinia:
W porównaniu do pierwszej, nijakiej części Czarnego Maga, drugi tom sprawił mi wiele radości. Dobrze się bawiłam wyklinając Regina i jego głupkowatą bandę, wspominając przy tym piękne czasy dręczonego Harrego Pottera. Z problemów typowo magicznych przeszliśmy na typowo społeczne, czyli mobbing w szkole i nietolerancja wobec kochających inaczej. Nawet nie wiecie jakie przeżyłam zaskoczenie. Na początku autorka daje nam jakieś znaki, z których sobie żartowałam, ale kiedy okazało się, że to nie są żadne żarty, moja ciemna strona fujoshi eksplodowała. Fantazja poszła w ruch i żadnym sposobem nie dało się jej zatrzymać. Zacieszałam się ile można, obmyślałam tortury dla dręczycieli Sonei i jednym słowem, bardzo dobrze się bawiłam (to właściwie 4 słowa, ale pal licho).
Jeżeli ktoś nie polubił za bardzo wątku szkolnego dramatu miał 2 kolejne do wyboru prowadzone z dwóch innych perspektyw. W pierwszej części trylogii autorka bawiła się przeskakiwaniem od przestraszonej Sonei do wkurzonych Magów, by pokazywać 1 wydarzenie od dwóch stron. W tej części mamy 3 różne sprawy, którymi zajmują się inne postacie. I to się chwali.


Jeżeli chodzi o główną bohaterkę - Sonea przeszła przemianę niczym Pinokio - jako tako stała się prawdziwą dziewczynką. W końcu ma jakiś charakter, a to, że jest grzeczna, nazbyt życzliwa, bardzo niepewna, ale zawsze najlepsiejsza, cóż, powiedzmy, że dodawało mi radochy. Tak samo czułam się zgłębiając draniowatość Regina, który jest wstrętny do szpiku kości i przez to po prostu wspaniały. Głupio uparty. Reszta postaci również ma wyznaczone role: Rothen, opiekun Sonei, jest zatroskanym ojcem, Wielki Mistrz osamotnionym cierpiętnikiem, który robi złe rzeczy (ciągle mi się podoba), Dannyl ciepłym gościem i właściwie, oprócz słodkiego geja Tayenda, nie ma o kim wspominać. Pamiętacie może Cery'ego, co się obijał przez cały poprzedni tom. No bo właśnie ja coś nie bardzo...


Patrząc tak ze strony technicznej - pani Canavan strasznie lubi kursywę.
Ktoś czterokrotnie zdecydowanie zapukał do drzwi, a Lorlen poczuł, że serce mu zamiera.
To nie było pełne uprzejmości pukanie Osena, ani też lekko przestraszone służącego. Ani nawet nierozpoznawalne pukanie kogoś z magów. To było stukanie, które mroziło krew w żyłach, którego wyczekiwał z przerażeniem.2
Opinia:
Nowicjuszkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Ciągle nie super skomplikowana, gdzie bohaterowie trzymają się wyznaczonych przez autorkę roli, ale dająca radość ze zgłębiania fabuły. Ta książka (albo jej podobna) powinna rozpoczynać przygody Sonei. Osobiście polecam.

1 - Canavan T,, Nowicjuszka, Galeria Książki, Kraków 2012, s. 62.
2 - Tamże, s. 360-61. -> piękny opis mrocznego pukania

niedziela, 13 września 2015

Gildia Magów: Bo fajnie jest jak coś się nazywa Trylogią

Tytuł: Gildia Magów
           The Magicians' Guild
Nazwa serii: Trylogia Czarnego Maga (tom I)
Autor: Trudi Canavan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Okładka: Steve Stone/ Artist Partners LTD.
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2011
Gatunek: fantasy
Ilość stron: 518
Cena: 35,90 zł
Ocena: 3/10


Wstęp:
Jako pobieżna fanka fantastyki, która rzuca się to na Paoliniego, to na Sapkowkiego, napadana pozytywnymi opiniami o pani Canavan jako pisarki fantasy dla młodzieży, pomyślałam, że co mi tam. I tak się za bardzo nie znam, nie rozkładam rąk nad złożonością świata, czy skondensowaniem ras. Jednakże na bohaterów i fabułę uwagę już poniekąd zwracam, czy chcę czy nie. A tego właśnie nie uwzględniono w Gildii Magów.

Historia:
W Imardinie, mieście, gdzie znajduje się główna siedziba Gildii Magów, co roku dokonuje się Czystek na terenie slumsów. Magowie, którzy są objęci surowym prawem, z nakazu króla, wyganiają pijaków, bidaków, niewinne rodziny, chorych i inne zakały miast - innymi słowy przeciętnych obywateli. Członkowie Gildii, znienawidzeni przez bylców (mieszkańców slumsów), są przez nich często zwymyślani i obrzucani na pewno nie bukietami róż. Sonea, (o dziwo główna bohaterka) podczas tegorocznej Czystki, dołącza do swoich przyjaciół i rzuca w niegodziwych Magów kamieniami. W pewnym momencie skupia swoją negatywną energię i zadziwia wszystkich dookoła. Cóż, z pewnością nie tak, jakby tego chciała, ale imię dziewczynki, która przełamała się przez barierę jednego z Gildii pozostanie niezapomniane. Tak moi drodzy, w slumsach, wychowany w nienawiści do magii, grasuje dziki Mag! Cały Imardin przewraca się do góry nogami: jak dotąd Magowie pochodzili wyłącznie ze szlacheckich domów, a nagle okazuje się, że zwykła ulicznica może posiadać niebagatelne pokłady mocy. Sonea ukrywana przez przyjaciela Cery'ego u Złodziei, walczy jednocześnie z Gildią, która chce ją pochwycić oraz ze swoimi umiejętnościami, będącymi bardziej niszczycielskimi niż można się było spodziewać.

Opinia:
Ach, jak fajnie posłuchać, gdy coś jest nazywane trylogią. Panuje na trylogie właśnie ogromna moda. Cóż, często się mówi, że 3 to idealna liczba i wszystko co znasz będzie to potwierdzać - Pokemony, Naruto, Harry Potter, Sienkiewicz, Kieślowski. Mimo to, nawet jeżeli pudełko lepiej się na półce prezentuje, ta książka nie jest Czarnemu Magowi fabularnie potrzebna. No przynajmniej połowa. Styl nie jest wymagający i można go czytać szybko i przyjemnie, jak przystało na książkę akcji, ale przez prze nudne oraz powtarzalne akcje wszystko się strasznie wlecze, w ostateczności nie osiągając niczego. Dokładnie, ponad połowa lektury jest przedłużeniem tego, co mogłoby się zmieścić w przynajmniej 50 stronach, jeżeli autorka przyśpieszyłaby bieg wydarzeń i wydziobała niepotrzebne epizody. Co prawda poznajemy trochę Cery'ego, ale ze dwie, trzy sceny, mające pokazać nam jak to się nie stara, nie przybliżyły mi do końca protagonisty.
A szkoda, bo świat jaki stworzyła pani Canavan jest dla mnie dość atrakcyjny (szczególnie dla takiego laika, co się klasyki nie tyka). Gildia Magów pod surowymi zasadami króla, sprzymierzone królestwa, czy opozycyjna Gildia Złodziei są ciekawym elementem książki, których właściwie nie poznajemy, bo Sonea musi uciekać, uciekać tunelem, uciekać zakazanym przejściem i może trochę po podpalać pokój.

Jeżeli chodzi o postacie - zdarzyło mi się mieć jakieś ciche sympatie. Ale szeptem. Cery w sumie skończył jako Ten-Porwany-Sfriendzowany. Faren, lider grupy złodziei, który ukrywał główną bohaterkę, miał dla mnie lichą motywację, jak dla mnie wciśniętą na siłę przez autorkę, bo jaki profit z tego, że co rusz przenosi ją do innej kryjówki, a ona mu podpala chatę. Jeśłi byłby człowiekiem, który zna się na magii - ok. Jako ktoś, kto próbuje odpokutować grzechy i widzi w Sonei swoją zmarła córkę, żonę, siostrę, raczej nie matkę, to już byłoby niepokojące - mogę przymknąć oko. Ale złodziej, mało tego przywódca złodziei...?
O Sonei nie wspomnę - nie dość, że była przemycana jak lalka, to nie wykazała się mocnym charakterem. Mogę to zrozumieć, okazało się, że ma moc i wszyscy ją nagle chcieli itd., ale dla mnie osobiście to nie wymówka, żeby dziewczyna nie mogła pokazać trochę indywidualizmu.
Polubiłam za to drugą stronę medalu: Rothena i Dannyla, którzy to usiłują jak najszybciej znaleźć dzikiego Maga jako pierwsi, żeby protagonistce pomóc. Starają się ile mogą i są pozytywni do bólu, ale pozwalają na kilka komicznych sytuacji, więc ciepełko w sercu bije. Najlepszy okazał się jednak Wielki Mistrz, chodzący w ciemnych szatach,wzbudzający respekt i tajemniczy - szkoda, że autorka nie napisała jak bardzo jest przystojny. A to, że ma jakieś matactwa w piwnicy i rękawy poplamione krwią to sprawy marginalne.

Podsumowanie:
Powiedzmy szczerze, książka nie była tak dobra jak obiecywały piękne nadruki na okładce. Zabrakło ciekawszego pomysłu na fabułę, akcja, choć w niezłym świecie, raczej się wlecze, a finał tomu nie jest ani trochę satysfakcjonujący. Ale, ale, każdy kiedyś musiał popełnić swoją pierwszą książkę. Debiut pani Canavan nie mogę uznać za udany, choć obiecujący. Jak słyszałam, druga część jest o niebo lepsza i po osobistym sprawdzeniu przyznaję rację. Chociaż serce będzie boleć, radzę przeskoczyć tom pierwszy Czarnego Maga i od razu zabrać się za 2. W pierwszym rozdziale Nowicjuszki mamy na ogół dobre streszczenie Gildii Magów, więc nic wstrząsającego nas nie pominie. Książka po prostu powinna być dozwolona do lat 18-stu. Zakończmy tym muzycznym akcentem.

czwartek, 10 września 2015

Trzech panów w łódce nie licząc psa: Ahoj reumatyczna przygodo!

Tytuł: Trzech panów w łódce nie licząc psa
           Three Men in a Boat (To Say Nothing of the Dog)
Autor: Jerome Klapka Jerome
Tłumacz: Kazimierz Piotrowski
Ilustracje: Mieczysław Piotrowski
Okładka: Lech Majewski
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986
Gatunek: komedia, parodia, podróż
Ilość stron: 207
Cena: 250 (starych) zł ;)
Ocena: 8/10

Wstęp:
Są takie książki, które uznaje się za kultowe, za dziedzictwo kulturowe, kamienie węgielne, czy też milowe. Taką książką jest m. in. Trzech panów w łódce, napisaną przez angielskiego pisarza ze świetnym drugim imieniem (po przyjacielu z Węgier). Po kilku popełnionych utworach, dopiero ta powieść przyniosła mu rozgłos. Nieważne czego by nie stworzył, pozostał rozpoznawalny jako Ten, Który Napisał Trzech... Jestem ciekawa, czy miał w rękawie anegdotki typu:

- Wiesz, że Jerome napisał coś nowego?
- Jerome, jaki Jerome?
- No ten od "Trzech panów w łódce"!
- Aaaaaa...

Ogromna sława i popularność (o której rozpisuje się pan Kazimierz w bardzo fajnym Wstępie) i wkład w angielski humor sprawiły, że Jerome jest pisarzem znanym. A więc dlaczego ja o nim nigdy nie usłyszałam? Po raz kolejny natrafiam na dzieło skali światowej, o czym informuje mnie dopiero Wikipedia. Dlaczego jako jedyna jestem zawsze pomijana? Dlaczego Jerome zasługuje na uznanie? I jak bardzo spodobała mi się jego książka? Sprawdźmy!
Przystąpiłem do rzeczy w porządku alfabetycznym. Przeczytałem najpierw o artretyzmie. Dowiedziałem się, że cierpię na i że za jakieś dwa tygodnie zacznie się ostry stan zapalny. Brighta choroba, jak się o tym z ulgą dowiedziałem, nawiedziła mnie w postacie takiej jakiejś odmienionej, że mogłem z nią żyć sto lat. Cholerę to miałem z ciężkimi komplikacjami, a z dyferytem już się chyba urodziłem. W pocie czoła przetrząsnąłem litera po literze cały alfabet i w końcu okazało się, że tylko jednej choroby na pewno nie mam: puchlizny kolan, na którą cierpią panny służące, jeśli za dużo klęczą.1
Historia:
Kto z nas nie przeżył załamania nerwowego, gdy na pierwszym lepszym forum zgłaszał niewielki bóle głowy, a kochani użytkownicy z radością informowali nas, że cierpimy na białaczkę, żółtaczkę , różyczkę oraz czerwonkę jednocześnie. W XIX wieku służyły do tego książki medyczne. Nasz sympatyczny narrator określił się jako przypadek niezwykły, gdyż miał prawie każdą chorobę opisaną w tomiszczu. Zaintrygowany swoim przypadkiem, mając w myśli, że niedługo jeszcze pożyje, postanowił przekazać się w ręce zaprzyjaźnionego lekarza, dla wyższych celów. Doktor opukał, postukał i przepisał befsztyk, ruch i nieprzejmowanie się głupotami. Nasz bohater opowiedział o niezwykłym zdarzeniu swoim dwóm kolegom, Jerzemu oraz Harrisowi, którzy również przyznali się do obłożnych chorób. Wobec tego trójka przyjaciół, dyskutując zawzięcie, zdecydowała się dla zdrowia na wycieczkę łódką wzdłuż Tamizy. Po 5-cio krotnym spakowaniu szczoteczki do zębów, zbiciu kilku filiżanek, rozdeptaniu masła, zgnieceniu pomidora, zagryzieniu przez psa Montmorencyego cytryn i kilku innych wypadkach, walizki zostały spakowane. Czy ta wycieczka może skończyć się dobrze?
...ale nie ma róży bez kolców, jak powiedział jeden pan, kiedy zmarło się teściowe i przyniesiono mu rachunek za pogrzeb. 2
Wrażenia:
Komizm, głównie sytuacyjny, który stworzył Jerome jest wspaniały, idealny wręcz, biorąc pod uwagę mój gust. Śmieszne wydarzenia i rozmowy, skrywają pod pozorami londyńskiego dżentelmena głupkowatość i niedoskonałości trzech przyjaciół. Do głównej fabuły, którą jest podróż wzdłuż Tamizy, co chwila dodawane są zabawne anegdoty i retrospekcje mające popierać narratora w jakiejś kwestii, a zamiast tego umilają czytelnikowi czas, kiedy to rozczula się nad niemądrym opowiadaczem. Do tego jest takich momentów całkiem sporo. Czy to o wujku, który wieszał obraz, a robotę zwalał na całą rodzinę, o nieudanym wieczorze poetyckim, czy ogromnej rybie w tawernie, którą chwalił się z osobna każdy w wiosce. Bywały również momenty, gdy kręciłam palcem i szeptałam: Ach wy zboczuszki...

Największą gwiazdą książki jest oczywiście narrator. Przez bardzo subiektywne przedstawienie świata, czytelnik nie może zaufać tekstowi ani na akapit. Dlatego zawsze wszyscy są winni zamieszania, tylko nie waleczny, pracowity J. Jego komentarze dotyczące innych postaci, choć pyszne i czasami przerysowane, to rzecz, z którą można się utożsamić - przecież nieraz sami (ja na pewno) błyszczymy próżnością.
- Och! - zawołał Jerzy, pojmując w czym rzecz. - Czy pan chce, żebyśmy pili Tamizę?
- Całej nie wypijecie - odparł poczciwina. - Ja popijam Tamizę już od piętnastu lat.
Jery zapewnił staruszka, że jego wygląd nie jest najlepszą reklamą firmy, z której bierze wodę, iże wolimy spod pompy.
Dostaliśmy wody w domu parę kroków dalej. Śmiem twierdzić, że też pochodziła z Tsmixy, ale nie wiedzieliśmy o tym i wszystko było w porządku. Czego oczy nie widzą - to nie może wywołać rozstroju żołądka.
3
Bardzo ciekawie autor wplątał do komedii informacje turystyczne. Opisywał miejsca historycznie ważne i nieważne, zabytki, atrakcje w sposób komiczny, informacyjny i nadzwyczaj nienudny. Znalazły się również obrazki wypełnione jakimś poetyckim tchnieniem, gdy na przykład narrator podziwiał naturę ciemną nocą.
I tutaj klaszczę głośno dla pana Kazimierza, tłumacza i twórcę wstępu, który nie tylko bardzo dobrze posłużył się polskim językiem, by odbiorcę ucieszyć, ale również stworzył przypisy, które były równie interesujące, co tekst (nie mówię koniecznie o ilości mieszkańców poszczególnych miast). To co uważane jest za wiedzę powszechną dla typowego Anglika, Polak otrzymuje właśnie na końcu książki. Nie są to jednak daty, czy odwołania do książek historycznych. Otrzymujemy romanse Henryka VIII i innych królów, czy historyjki o Klubie Ognia Piekielnego.
Po kolacji Jerzy sięgnął po banjo i chciał grać, ale Harris zaprotestował. Oświadczył, że boli go głowa i nie czuje się na siłach tego słuchać. Jerzy byl zdania, iż muzyka może przynieść ulgę Harrisowi. Muzyka - mówił - kojąco działa na nerwy i często uśmierza ból głowy. Brzdąknął, przy tym parę razu, żeby dać Harrisowi pojęcie, jak by to wyglądało.
Harris wyznał, że woli już ból głowy.
4
Ocena:
Brać, kupować i smakować! Świetne, śmieszne zbiorowisko opowiastek, które umilą ci poranek, popołudnie, podwieczorek, a nawet noc. Jerome uskarżał się, że napisał dużo więcej lepszych książek, a czytelnicy jak na złość kojarzą go z Trzema panami w łódce. Jak to skwitował Piotrowski we wstępie:
Czytelnicy miewają rację częściej, niż mogłoby się zdawać.5

1 - Jerome K. J., Trzech panów w łódce nie licząc psa. Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986, s. 11.
2 - Tamże, s. 31.
3 - Tamże, s. 143.
4 - Tamże, s. 149.
5 - Tamże, s. 8.

poniedziałek, 7 września 2015

Nadzieja umiera ostatnia: Wspomnienia z piekieł


Tytuł: Nadzieja umiera ostatnia
Autor: Halina Birenbaum
Opracowanie graficzne: Jerzy Jaworowski
Wydawnictwo: Czytelnik
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1988
Gatunek: autobiografia, czasy wojenne
Ilość stron: 276
Cena: 330 (starych) zł ;)

Wstęp:
Książek o męczeństwie Żydów podczas II wojny światowej napisano wiele - mi do rąk wpadła akurat ta. Razem z panią Birenbaum odkrywałam od nowa obozowe piekło, jednocześnie rozpoznając już Kanadę, apele, Mengele, wizę. Jak w świat dorosłych wchodziła 10-cio letnia dziewczynka? W getcie, dusznej piwnicy, obozie, krematorium.

Historia:
Jednego dnia Halinka bawiła się z sąsiadami na podwórzu, a drugiego uciekała z płonącego domu zabierając, co tylko się da. Później jak wiadomo przyszło getto i gwiazdy Dawida. Ciągły niepokój matki, że jutro nie będzie mogła nakarmić własnych dzieci. Następnie nadszedł niekończący się strach przed łapankami i Umschlagiem. I piwnice. Duszne, śmierdzące pomieszczenia, gdzie w ciemnościach dokonywały się rzeczy równie dramatyczne, co na zewnątrz. W końcu się nie udało - naziści zagonili rodzinę, wraz z bratem Chilkiem na plac na wywózkę do Treblinki. Mimo to matka się nie poddała i, jakimś cudem, zdołała wyciągnąć siebie i dwójkę dzieci. Ojciec pojechał na śmierć. Później było jeszcze więcej chowania, głodu i niepokoju. Wszędzie przeprowadzano czystki i łapanki. Aż w końcu Niemcy znaleźli i ich. Wpędzeni do bydlęcych, jechali gdzieś, umierając w duchocie i z pragnienia. Okazało się, że zostają osadzeniu w Majdanku. Przerażona Halinka szła grzecznie z kuzynką, gdy naziści rozdzielali nowo przybyłych na grupy. Kiedy się obejrzała, spostrzegła, że nie było za nią matki. Tej matki, która gotowała po nocach w opuszczonych mieszkaniach, wybłagała ich życie za pierwszym razem na Umschlagu, szukała schronów i cały czas powtarzała, że będzie dobrze, że nie zginą i że trzeba walczyć. Teraz 13-sto letnia dziewczynka usłyszała "Mamy nie ma".

Za oknem widać było zieleń, grupy zwiedzających z różnych krajów i miast polskich. Ludzie zwiedzają obóz jak wiele innych muzealnych zabytków, słuchają rzeczowych wyjaśnień, które dla mnie brzmiały banalnie, mimo że używa się w nich ciągle słów: "straszne, okropne, brutalne" itp. Słowa tylko, puste jakoś.1

Wrażenia:
Książka przedstawia życie żydowskiej dziewczynki od 1939 do 1945 roku. Autorka pisała o sobie w Izraelu, z mężem i dziećmi u boku. Jak wyjaśniła we wstępie, wyjechała z Polski w 1947 roku i była zaprzątnięta m. in. wojną izraelsko-arabską. Coś obudziło się w niej podczas procesu Eichmanna, gdzie w zeznaniach świadków brakowało jej czegoś istotnego, co powinno być wymienione. Tak właśnie powstała Nadzieja umiera ostatnia. Książka skupiająca się na ciągłym strachu, męczarniach, śmierci, ale też odwadze, miłości i wierze. Tytułowa nadzieja przeplata się z wieloma wspomnieniami autorki: w czasie chowania się w piwnicach, jazdy pociągiem, apelu, choroby, inspekcji Mengele, postrzelenia, czy oczekiwania aż obóz zostanie oswobodzony.

Wysiadamy. Biegnę pierwsza. Chcę to zobaczyć, przekonać się, że to prawda, że byłam tu kiedyś więźniem żydowskim, skazanym z góry na śmierć za swe pochodzenie i za fakt, że na dodatek jestem dzieckiem niepotrzebnym nawet do katorżniczej pracy.2

Autorka opisała wydarzenia mniej emocjonalnie niż to sobie wyobrażałam. Dzięki temu książka nie jest zawodzeniem nad przeszłością a dowodem, wycinkiem piekła. Cóż, nie był to czas na uczucia. Zupełnie inaczej Birenbaum odsłania się nam w końcowym rozdziale "Wyprawa w przeszłość - Polska 1986", dodany do utworu po 20 latach. Autorka powróciła do kraju swojego dzieciństwa, by zobaczyć ponownie obozy zagłady, które teraz są muzeami. Niezwykle emocjonalne podejście, płacz duszony od czasów rozpoczęcia wojny, wszystko zostało wypuszczone na zewnątrz i nagrane podczas pobytu w Oświęcimiu.

Jestem dzisiaj turystką na grobach po wyjściu z czeluści piekła. Wiem, że to jest szczęście i cud. Ale szczęście zatopione w wiecznych łzach i koszmarach.3

Podsumowanie:
Pani Halina pokazuje nam brutalny świat wojny. Niesamowitą bezsilność, nędzę człowieczeństwa. Jednakże równocześnie z każdej kartki wykrzykuje zdanie: Nadzieja umiera ostatnia! I właśnie to jest puentą, fenomenem i nauką tej książki.

Chcę tą książką wyrazić moje najgorętsze pragnienie, aby podobne zbrodnie nie powtórzyły się nigdy i nigdzie na kuli ziemskiej.4

1 - Birenbaum H., Nadzieja umiera ostatnia, Czytelnik, Warszawa 1988, s.267-268.
2 - Tamże, s. 265.
3 - Tamże, s. 262.
4 - Tamże, s. 244.

sobota, 5 września 2015

Atak tytanów - tom 1.: Kolejne oczko łańcucha pokarmowego

Tytuł: Atak tytanów (Shingeki no Kyojin)
Autor: Hajime Isayama
Ilustrator: Hajime Isayama
Ilość tomów: 17+
Wydawnictwo: JPF
Gatunek: horror, akcja, tajemnica
Docelowy odbiorca: shounen
Ocena: 8/10

Wstęp:
Czasami dobra historia potrzebuje kilku tomów, żeby się porządnie rozkręcić. Czasami za to, nawet ich dwucyfrowa liczba może nie wystarczyć. Bywają również przypadki, kiedy po 190 stronach czarno-białej migawki wiesz, że rozpocząłeś niesamowitą podróż. Z dokładnie taką refleksją odłożyłam pierwszy tom znanej na całym świecie serii o tytanach.

Historia:
Z niewiadomych powodów, olbrzymie maszkary przypominające z pozoru ludzi, pojawiły się na naszej pięknej planecie, siejąc spustoszenie. Co prawda nie paliły wiosek, nie plądrowały pałaców i nie gwałciły kobiet - zwyczajnie pożerały żylasty homo sapiens. Nasz gatunek znalazł się niemalże na skraju wyginięcia, gdy ludzie zbudowali ogromny, 100 metrowy mur oddzielający ziemie nieskalane plagą tytanów od reszty bestialskiego świata. Po 100 latach izolacji i względnego bezpieczeństwa ludzkość w końcu odsapnęła. Można by wręcz powiedzieć, że stała się gnuśna. Ale, czy po terrorze takiej skali nie należy się mieszkańcom 3 obronnych murów odrobina zapomnienia? Eren, nasz małoletni protagonista, odpowiada (właściwie krzyczy) przecząco. Pragnie wyjść z klatki, zobaczyć świat, który opisują zakazane książki. Dlatego jego marzeniem jest dołączenie do korpusu zwiadowczego, wykonującego najniebezpieczniejsze zadania poza murem. Niestety mieszkańcy pierwszego muru Maria zbyt często oglądają powroty zwiadowców - z uszkodzonymi wozami, zakrwawionymi dowódcami i rozczłonkowanymi żołnierzami, by jego matka uznała to za dobry pomysł. Eren, razem z przyjaciółmi: Mikasą i Arminem, przemierza złudnie spokojne ulice, gdy w końcu TO się dzieje. Koniec beztroski. Przełamanie letargu. Znikąd pojawia się 100 metrowy tytan, który niszczy bramę. Potwory wdzierają się do miasta. Ludzkość przypomniała sobie, co oznacza bezsilność i strach, którego nie można rozwiać, wtulając się w bezpieczne ramiona rodziców.

Opinia:
Jak można zauważyć po ocenie - manga bardzo mi się spodobała. Nie będę udawać hipstera ani bronić mainstreamu, Atak tytanów to po prostu dobra historia z obłędną kreską i wiele osób to zauważyło. Już w pierwszym tomie poznajemy trójkę głównych protagonistów, a w dalszej części przybywa nam ludków, którzy tworzą razem 114. korpus treningowy. Każdy z bohaterów posiada odmienne motywacje i definicje tego, co to znaczy być żołnierzem. Co prawda, zostajemy nagle wrzuceni w środek akcji, dlatego na dokładniejszy rozwój postaci i odkrywanie ich tajemnic musimy prawdopodobnie poczekać na dalsze tomy. Użyłam "prawdopodobnie", ponieważ nigdy nie wiesz, kiedy ktoś z twoich ulubieńców zamieni się w potrawkę dla tytana.

Akcja nie zwalnia od 1 strony do 190, czyli prawidłowe budowanie napięcia w dobrym shounenie. To, że tytani wbijają na przygraniczną dzielnię i niszczą stuletni mur Maria, to zaledwie 90 stron. W drugiej połowie, autor zmieścił zwrot druzgocący nasze marzenia o pokojowym treningu i zdobywaniu siły, by mierzyć się z demoniczną siłą przeciwnika. Nie mówiąc o zakończeniu, dzięki któremu odliczamy na placach, ile kromek trzeba sobie odmówić i jak dużo wody zaoszczędzić, by starczyło na tom 2.

Ilustracje:
Ilustracje, jak wspomniałam wcześniej, są obłędne. Całkiem ładne nasycenie czerni sprawia, że niechlujne, szkicowane rysunki idealnie pasują do tego brutalnego świata. Oryginalność gromadzi zwykle fanów i antyfanów, a skoro mamy ich tutaj, to wiedz, że coś się dzieje... Bardzo podobają mi się kadry oraz przedstawienie ruchu. Dynamicznie narysowane postaci sprawiają, że akcja wydaje się szybsza i dramatyczniejsza i sama już nie wiem, kiedy ostatni raz tak prędko przewracałam strony. Kolejnym plusem są, zniekształcone wręcz, rysunki postaci. Niesamowicie ciekawa perspektywa zwyczajnie przyszpila twój wzrok na kilku kolejnych kadrach. No i nie oszukujmy się - Isayama idealnie wykorzystuje zagranie wielgachnego rysunku na dwóch stronach. Szczególnie w wydaniu powiększonym JPF-u takie cudeńka wbijają w kanapę.Co prawda, muszę przyznać, nieliczne kadry wyszły dość niezgrabnienie, ale pamiętajmy, że to dopiero rozgrzewka, tom 1. z co najmniej 17. Jak na razie jestem mega fanką brudnego stylu Isayamy.

Podsumowanie:
Świetny początek niesamowicie pochłaniającej (także pieniądze z portfela)  historii. Mocne, paczące akcje przedstawione przez dobrze zapowiadający się pędzel. Jestem na tak, a z moim prawdopodobnym rozdwojeniem jaźni, nawet podwójnie. Mimo, że nie mam trzeciego jurora przy moim boku, ta manga dla mnie przechodzi dalej!






Ilustracje należą do Hajime Isayama Shingeki no Kyojin

wtorek, 1 września 2015

Manga of the Dead: Jak od gnijącego mięsa oddzielić jeszcze dobre kości

Tytuł: Manga of the Dead
Autorzy i Ilustratory: Wydanie zbiorowe (Katsura Terada, Hitoshi Kino, Uguisu Sachiko, Shimada Teranosuke, Hokazono Masaya, Hiromono Shinichi, Koizumi Tomohiro, Fukao Atsushi, Hiroe Rei, Samura Hiroaki, Matsumoto Jiro)
Ilość tomów: 1 tom
Gatunek: zombie, horror
Docelowy odbiorca: seinen
Ocena: 5/10 (8/10 tylko podkreśleni autorzy)

Wstęp:
Mój pierwszy kontakt z antologią mang zombie wskazał. po raz kolejny, na główny problem, który mam z takimi wydaniami - dzieła będące średnimi wypadają źle w porównaniu do dobrych, a dobre wyglądają wspaniale w stosunku do średnich. Dodam jeszcze, że Manga of the Dead jest bardzo nierówna pod względem pisania historii i ilustracji. Mimo to warto ją otworzyć dla dwóch, trzech historii i genialnej ilustracji Samury (Powóz lorda Bradleya).

Kompozycja tomiku:
Książkę tworzy 8 opowiadań i 3 ilustracje, które przeplatają się w formie 2 historie + ilustracja. Każdy autor posiada własną kreskę, dzięki czemu każda historia wygląda wyjątkowo na tle pozostałych (oprócz Fight of the Living Dead Hiromoto, to się wizualnie nie nadaje), choć złota zasada numer 1, czyli człowiek ugryziony przez zombie zamienia się w zombie jest podstawą większości historii.
Najwięcej dla antologii zrobili ilustratorzy. Ich ilustracje są zwyczajnie dobre i powinni, według mnie, dostać wewnątrz tomikowe nagrody: Hiroe Rei po prostu za to, że nie ssie jak Zombie Shounen, Samura Hiroaki, bo jest Samurą Hiroakim, a Matsumoto Jiro za dowcip.

Historie:
Naszą zabawę z gore zaczynamy od And I Love Her Katsury, która jest całkiem interesująca wizualnie. Niechlujne, niedokładne rysunki w jakiś sposób pasują do tej dziwnej opowieści, o rodzinie, która trzyma w piwnicy babcię zombie. Ciekawa była reakcja otoczenia - licealistka, która jest główną bohaterką zostaje po prostu izolowana od reszty grupy. Tak jakby trzymanie w domu zombie było lamerskie. Może istnieją grupy wsparcia dla krewnych zombie albo zombie sanatoria. Dowcip, który właściwie może być wyłącznie moją interpretacją, pokrywa, całkiem gruba, warstwa mocnego dramatu chociażby w samej rodzinie.

Dead and Fail to Die Hitoshiego Kino to jeden z rozdziałów, który mi się nie spodobał. Ewidentnie wzorowany na High School of the Dead, ma ujęcia na majtki, cycki i flaki, a jak ktoś się wyjątkowo uprze to może wykopać jakiś związek między rodzeństwem. Zaczynamy od ryżu, gdy matka nagle przemienia się w zombie, chapie córkę i odgryza jej rękę. Młodszy brat, domyślając się, że ze schabowego nici, wybiega z siostrą w ramionach, lecz w szpitalu otrzymuje tragiczną wiadomość, że oboje mogą być zarażeni, a w związku z tym eksterminowani. Chłopak przechodzi jednak przez okres izolacji, a gdy próbuje się dowiedzieć, co się dzieje z jego siostrą, do akcji wkraczają siły państwowe, tłumacząc, że dziewczyna jest jakby martwa, ale nie do końca...

Children Living with Corpses mówi dosłownie czym uraczy nas autor. Ta perełka jest według mnie najlepszą historią antologii. Chora, obrzydliwa, niepokojąca, czyli w końcu niezły horror, pachnący trochę Junji Ito. Czas akcji opowieści to apokalipsa w toku. Matka została zarażona i przemieniła się w zombie, jednakże ojciec nie ma siły by ją zabić. Dlatego tata roku przywiązuje kobietę do krzesła w jadalni, a gwoździami przybija jej ręce do blatu. Niestety sam po pewnym czasie się przemienia zostawiając dwójkę małych dzieci. Z zapasami na miesiąc, dzieci żyją sobie w ciemnym pokoju z małym psem Babu i gnijącymi rodzicami w jadalni.

Shimada przedstawił ciekawą miniaturę Zombie. Cenię ją sobie bardzo za te wszystkie niedopowiedzenia. Gdybyśmy nie wiedzieli, że została wydrukowana w książce pod takim tytułem, otoczona historiami o zombie, można byłoby zinterpretować ją całkowicie inaczej. Autor pokazuje nam zjazd absolwentów, na którym spotykają się starzy znajomi, wspominając dawnych nauczycieli, śmieszne sytuacje i osoby, których już między nimi nie ma.

Hokazano Masaya w porównaniu do Shimady jest dość przeciętny. Jego historia, Shiryou no Mori, ni mrozi ni grzeje i właściwie to radzę ją przewinąć. Hiro (trudno jeszcze bardziej wyeksponować
bohatera ;) potrafi odróżnić żywe trupy od zwyczajnych ludzi. Te bezwolne kukły jakimś prawem powróciły do życia i teraz obijają się bez celu o budynki i krawężniki. Czekając aż narzeczona przygotuje co nieco w ich ciepłym domku, otrzymuje paczkę od swojego dawnego profesora. Wraca wspomnieniami, gdy podczas jednego z wykładów nauczyciel paplał coś o możliwości wskrzeszania zmarłych, wyśmiewany przez innych studentów, budzący lęk u Hirokiego. Po zajęciach chłopak przychodzi ostrzec wykładowcę, ten jednak napala się jeszcze bardziej i opowiada o planie wskrzeszenia zmarłej żony. Wybudzając się ze wspomnień, Hiro rozrywa opakowanie i ze zdziwieniem odkrywa, że trzyma dziennik badań profesora, a na jednej ze stron napisane jest: "Udało się".

Zombie Shounen to porażka tomiku dlatego pozostawmy tu po prostu pustą przestrzeń. 
........
..............
.....
No dobra, złe rysunki, zła fabuła i żarty na temat dziewictwa. Historia, która miała wnieść komizm, przedstawia głównego bohatera, prawiczka (chwali się tym kilkanaście razy w 42 stronicowym rozdziale - nie mam pojęcia, dlaczego dostał aż tyle miejsca), który nie ma pieniędzy na utrzymanie, co, w świecie opanowanym przez zombie, wiąże się z eksterminacją. Protagonista korzysta więc z podpowiedzi przyjaciela, który polecił mu tajemnicze "czyszczenie ciał". No cóż, lepsze to niż sprzedawać tyłeczek grubym milionerom. Tylko dlaczego zakładają mu kostium bojowy i dają broń do ręki...?

Tym razem Fight of the Living Dead naprawdę pominę. To takie cuś o początkach apokalipsy.

No i kończymy na Yuki Youkai Ningen Organogel, Fukao Atsushi, które jest najlepszą wizualną opowieścią (choć tylko w niektórych, bo nad resztą trzeba by trochę popracować), za to kisi się fabularnie. Nawet nie wiem za bardzo o czym to jest. Jakaś epidemia, jakaś wnuczka, która macha cepem i zabija jak wiedźmin, jakiś jej dziadek, który jest (po kiego?) ukrzyżowany i jakiś zabójca, który używa żrącego kwasu i chwali się, że ma maskę z ludzkiej skóry. Ale hej, przynajmniej ma fajny design.

Ogólne wrażenia:
Tomik zwiedzić warto, ale dla autorów podkreślonych na początku. Nie wiem, kto był redaktorem antologii, ale potrzebna mu poziomica. 

Zagadka: Ile razy użyłam słowa "zombie"? 
(Dużo się nie liczy)
(Bardzo dużo też nie)



 Ilustracje należą do Manga of the Dead