Three Men in a Boat (To Say Nothing of the Dog)
Autor: Jerome Klapka Jerome
Tłumacz: Kazimierz Piotrowski
Ilustracje: Mieczysław Piotrowski
Okładka: Lech Majewski
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986
Gatunek: komedia, parodia, podróż
Ilość stron: 207
Cena: 250 (starych) zł ;)
Ocena: 8/10
Wstęp:
Są takie książki, które uznaje się za kultowe, za dziedzictwo kulturowe, kamienie węgielne, czy też milowe. Taką książką jest m. in. Trzech panów w łódce, napisaną przez angielskiego pisarza ze świetnym drugim imieniem (po przyjacielu z Węgier). Po kilku popełnionych utworach, dopiero ta powieść przyniosła mu rozgłos. Nieważne czego by nie stworzył, pozostał rozpoznawalny jako Ten, Który Napisał Trzech... Jestem ciekawa, czy miał w rękawie anegdotki typu:
- Wiesz, że Jerome napisał coś nowego?
- Jerome, jaki Jerome?
- No ten od "Trzech panów w łódce"!
- Aaaaaa...
Ogromna sława i popularność (o której rozpisuje się pan Kazimierz w bardzo fajnym Wstępie) i wkład w angielski humor sprawiły, że Jerome jest pisarzem znanym. A więc dlaczego ja o nim nigdy nie usłyszałam? Po raz kolejny natrafiam na dzieło skali światowej, o czym informuje mnie dopiero Wikipedia. Dlaczego jako jedyna jestem zawsze pomijana? Dlaczego Jerome zasługuje na uznanie? I jak bardzo spodobała mi się jego książka? Sprawdźmy!
Przystąpiłem do rzeczy w porządku alfabetycznym. Przeczytałem najpierw o artretyzmie. Dowiedziałem się, że cierpię na i że za jakieś dwa tygodnie zacznie się ostry stan zapalny. Brighta choroba, jak się o tym z ulgą dowiedziałem, nawiedziła mnie w postacie takiej jakiejś odmienionej, że mogłem z nią żyć sto lat. Cholerę to miałem z ciężkimi komplikacjami, a z dyferytem już się chyba urodziłem. W pocie czoła przetrząsnąłem litera po literze cały alfabet i w końcu okazało się, że tylko jednej choroby na pewno nie mam: puchlizny kolan, na którą cierpią panny służące, jeśli za dużo klęczą.1
Historia:
Kto z nas nie przeżył załamania nerwowego, gdy na pierwszym lepszym forum zgłaszał niewielki bóle głowy, a kochani użytkownicy z radością informowali nas, że cierpimy na białaczkę, żółtaczkę , różyczkę oraz czerwonkę jednocześnie. W XIX wieku służyły do tego książki medyczne. Nasz sympatyczny narrator określił się jako przypadek niezwykły, gdyż miał prawie każdą chorobę opisaną w tomiszczu. Zaintrygowany swoim przypadkiem, mając w myśli, że niedługo jeszcze pożyje, postanowił przekazać się w ręce zaprzyjaźnionego lekarza, dla wyższych celów. Doktor opukał, postukał i przepisał befsztyk, ruch i nieprzejmowanie się głupotami. Nasz bohater opowiedział o niezwykłym zdarzeniu swoim dwóm kolegom, Jerzemu oraz Harrisowi, którzy również przyznali się do obłożnych chorób. Wobec tego trójka przyjaciół, dyskutując zawzięcie, zdecydowała się dla zdrowia na wycieczkę łódką wzdłuż Tamizy. Po 5-cio krotnym spakowaniu szczoteczki do zębów, zbiciu kilku filiżanek, rozdeptaniu masła, zgnieceniu pomidora, zagryzieniu przez psa Montmorencyego cytryn i kilku innych wypadkach, walizki zostały spakowane. Czy ta wycieczka może skończyć się dobrze?
...ale nie ma róży bez kolców, jak powiedział jeden pan, kiedy zmarło się teściowe i przyniesiono mu rachunek za pogrzeb. 2Wrażenia:
Komizm, głównie sytuacyjny, który stworzył Jerome jest wspaniały, idealny wręcz, biorąc pod uwagę mój gust. Śmieszne wydarzenia i rozmowy, skrywają pod pozorami londyńskiego dżentelmena głupkowatość i niedoskonałości trzech przyjaciół. Do głównej fabuły, którą jest podróż wzdłuż Tamizy, co chwila dodawane są zabawne anegdoty i retrospekcje mające popierać narratora w jakiejś kwestii, a zamiast tego umilają czytelnikowi czas, kiedy to rozczula się nad niemądrym opowiadaczem. Do tego jest takich momentów całkiem sporo. Czy to o wujku, który wieszał obraz, a robotę zwalał na całą rodzinę, o nieudanym wieczorze poetyckim, czy ogromnej rybie w tawernie, którą chwalił się z osobna każdy w wiosce. Bywały również momenty, gdy kręciłam palcem i szeptałam: Ach wy zboczuszki...
Największą gwiazdą książki jest oczywiście narrator. Przez bardzo subiektywne przedstawienie świata, czytelnik nie może zaufać tekstowi ani na akapit. Dlatego zawsze wszyscy są winni zamieszania, tylko nie waleczny, pracowity J. Jego komentarze dotyczące innych postaci, choć pyszne i czasami przerysowane, to rzecz, z którą można się utożsamić - przecież nieraz sami (ja na pewno) błyszczymy próżnością.
- Och! - zawołał Jerzy, pojmując w czym rzecz. - Czy pan chce, żebyśmy pili Tamizę?Bardzo ciekawie autor wplątał do komedii informacje turystyczne. Opisywał miejsca historycznie ważne i nieważne, zabytki, atrakcje w sposób komiczny, informacyjny i nadzwyczaj nienudny. Znalazły się również obrazki wypełnione jakimś poetyckim tchnieniem, gdy na przykład narrator podziwiał naturę ciemną nocą.
- Całej nie wypijecie - odparł poczciwina. - Ja popijam Tamizę już od piętnastu lat.
Jery zapewnił staruszka, że jego wygląd nie jest najlepszą reklamą firmy, z której bierze wodę, iże wolimy spod pompy.
Dostaliśmy wody w domu parę kroków dalej. Śmiem twierdzić, że też pochodziła z Tsmixy, ale nie wiedzieliśmy o tym i wszystko było w porządku. Czego oczy nie widzą - to nie może wywołać rozstroju żołądka.3
I tutaj klaszczę głośno dla pana Kazimierza, tłumacza i twórcę wstępu, który nie tylko bardzo dobrze posłużył się polskim językiem, by odbiorcę ucieszyć, ale również stworzył przypisy, które były równie interesujące, co tekst (nie mówię koniecznie o ilości mieszkańców poszczególnych miast). To co uważane jest za wiedzę powszechną dla typowego Anglika, Polak otrzymuje właśnie na końcu książki. Nie są to jednak daty, czy odwołania do książek historycznych. Otrzymujemy romanse Henryka VIII i innych królów, czy historyjki o Klubie Ognia Piekielnego.
Po kolacji Jerzy sięgnął po banjo i chciał grać, ale Harris zaprotestował. Oświadczył, że boli go głowa i nie czuje się na siłach tego słuchać. Jerzy byl zdania, iż muzyka może przynieść ulgę Harrisowi. Muzyka - mówił - kojąco działa na nerwy i często uśmierza ból głowy. Brzdąknął, przy tym parę razu, żeby dać Harrisowi pojęcie, jak by to wyglądało.Ocena:
Harris wyznał, że woli już ból głowy.4
Brać, kupować i smakować! Świetne, śmieszne zbiorowisko opowiastek, które umilą ci poranek, popołudnie, podwieczorek, a nawet noc. Jerome uskarżał się, że napisał dużo więcej lepszych książek, a czytelnicy jak na złość kojarzą go z Trzema panami w łódce. Jak to skwitował Piotrowski we wstępie:
Czytelnicy miewają rację częściej, niż mogłoby się zdawać.5
1 - Jerome K. J., Trzech panów w łódce nie licząc psa. Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986, s. 11.
2 - Tamże, s. 31.
3 - Tamże, s. 143.
4 - Tamże, s. 149.
5 - Tamże, s. 8.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz