sobota, 12 grudnia 2015

One Piece arc: Heso wszystkim!

One Piece 24
Tytuł: One Piece
Arc: Skypiea
Autor: Eiichiro Oda
Ilustrator: Eiichiro Oda
Ilość tomów: 9 (24-32)
Wydawnictwo: JPF
Gatunek: przygoda, walki, fantasy
Docelowy odbiorca: shounen
Ocena: 6/10

Wstęp:
One Piece, jeżeli chodzi o fabułę, trzyma się jednej, logicznej zasady - braku jakiejkolwiek logiki. Do mangi można włożyć dosłownie wszystko, takie naprawdę dosłowne "dosłownie wszystko". I jak widać, wychodzi to historii na dobre. Sprawdzili się syreni, Jurassic Park z olbrzymami oraz pies-wyrzutnia rakiet. Nasi bohaterowie przemierzali śnieżyce, pustynie i wieloryby. Teraz pozostaje nam tylko jedno pytanie. Dlaczego Log Pose nagle wskazuje na niebo? Przecież statek nie może latać. Chyba.


niedziela, 22 listopada 2015

J no Subete: Jak dobrze pisać o miłości

Tytuł: J no Subete
Autor: Nakamura Asumiko
Ilustrator: Nakamura Asumiko
Ilość tomów: 3 tomy
Gatunek: romans, yaoi, dramat, dojrzały
Docelowy odbiorca: 18+
Ocena: 10/10

Wstęp:
Pani Nakamura jest jedną z moich ulubionych artystek. Jej leniwy, imponujący  styl rysowania przyszpila mnie za każdym razem, gdy otwieram okładkę. No i te postacie. Zawsze sieroty. Jak nie sieroty to zgwałcone, zmolestowane, skrzywione, skrzywdzone, puszczalskie albo i nie, ale przede wszystkim zawsze, naprawdę zawsze, pragnące miłości.



niedziela, 8 listopada 2015

Sługa Boży: Nie wystarczy tylko dobry pomysł

Tytuł: Sługa Boży
Nazwa serii: Cykl Inkwizytorski
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce i rok wydania: Lublin 2012
Gatunek: dark fantasy
Ilość stron: 416
Cena: 39,90 zł
Ocena: 4/10

Wstęp:
Spójrzcie, ktoś stworzył świat, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, tylko zaczął wojować. I są pyskaci aniołowie. I ta cała otoczka ironii religijnej. I to wszystko tak sarkastycznie: bohaterowie, biskupi, flaki i piersi. A później większe piersi. I dalej następne. Oto książka, gdzie co nowe cycki to nowe opowiadanie.

niedziela, 1 listopada 2015

Gakkou Gurashi!: Klub Szkolnego Życia rekrutuje!

Tytuł: Gakkou Gurashi!
Studio: Lerche
Ilość odcinków: 12
Sezon: Lato 2015
Gatunek: szkolne, okruchy życia, psychologiczne
Ocena: 7/10

Dużym atutem anime jest zaskoczenie, dlatego, jeżeli nie wiesz nic o Gakkou Gurashi, obejrzyj pierwszy odcinek.

Wstęp:
Panienki w haremówkach, z piersiami większymi od piramid Cheopsa, płaskie tsundere, zimne niczym tundra, i yandere, wzorowane na mojej byłej z psychiatryka - żadne z tych dziewcząt w swoich romansach, tajemnica, horrorach nie wiedzą, co to prawdziwy ból. To loli zawsze cierpią najbardziej. Za nasze grzechy.




niedziela, 25 października 2015

Co dalej, szary człowieku?: A życie toczy się dalej

Tytuł: Co dalej, szary człowieku?
          Kleiner Mann - Was nun?
Autor: Hans Fallada
Tłumacz: Dariusz Guzik
Wydawnictwo: Sonia Draga
Miejsce i rok wydania: Katowice 2013
Gatunek: dramat, okruchy życia
Ilość stron: 350
Cena: 39,90 zł (w przecenie ~ 10 zł)
Ocena: 8/10

Wstęp:
Do pewnego wieku czyta się o księżniczkach, które, pomimo wielu cierpień i znojów, natrafiają na swojego księcia i wychodzą radośnie za mąż. Później bierze się do ręki takiego Tołstoja. który odmiennie definiuje "i żyli długo i szczęśliwie". Kiedy przywykniemy do myśli, że małżeństwo jest rzeczą, która z czasem przeradza się w zdrady i samobójstwa, wpada nam znienacka Fallada ze swoim Co dalej, szary człowieku? i jakoś to się tak wszystko wypośrodkowuje. I jest radość, i łzy, i ta miłość, która wcale nie musi się skończyć pod kołami.

środa, 14 października 2015

Wielki Mistrz: Śmierć i pożoga i słodkie romanse



Tytuł: Wielki Mistrz
           The High Lord
Nazwa serii: Trylogia Czarnego Maga (tom III)
Autor: Trudi Canavan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Okładka: Steve Stone/ Artist Partners LTD.
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Gatunek: fantasy
Ilość stron: 656
Cena: 19,90 zł
Ocena: 5-/10


Wprowadzenie:
Bawiłam się aż za dobrze - stwierdziłam po odłożeniu książki. Choć miłostki stały się denne, przebieg akcji przewidywalny, a finał serii nie satysfakcjonujący, nic nie mogło mnie oderwać od zwieńczenia trylogii o zakazanej magii, zakazanych zwyczajach i o zakazanym uczuciu.

środa, 7 października 2015

Kiedyś wszystko sobie opowiemy: Mów mi pięknie o miłości

Tytuł: Kiedyś wszystko sobie opowiemy
          Irgendwann werden wir uns alles erzählen
Autor: Daniela Krien
Tłumacz: Agnieszka Gadzała
Okładka: Katarzyna Borkowska
Wydawnictwo: Sonia Draga
Miejsce i rok wydania: Katowice 2013
Gatunek: dramat, romans, okruchy życia
Ilość stron: 263
Cena: 34,90 zł (w przecenie ~ 10 zł)
Ocena: 7/10

Wstęp:
Z pisaniem książek jest podobnie jak z rysowaniem mang - każdy autor powinien mieć własny styl. Jednakże o ile w komiksie kreska odgrywa rolę pierwszoplanową, tak dla tekstu fabuła jest zwykle ważniejsza niż warstwa językowa. Wśród wielu tytułów brakuje mi indywidualizmu, tak żeby po przeczytaniu fragmentu utworu mogłabym stwierdzić: "No tak, to ten autor, poznaję po tym i po tym". Gombrowiczowską pustkę zastępują nieliczne utwory. Debiut niemieckiej pisarki ma w swoim języku coś specyficznego i lekkiego, co może wyewoluować w ciekawe eksperymenty w przyszłości.
Poddaję się bez sprzeciwu. Okno jest otwarte na oścież, na zewnątrz jakby pijane szczęściem lata ćwierkają ptaki. Pająków nie widać, wyjdą dopiero wieczorem i będą prząść swoje delikatne nici. Johannes zatyka mi usta, żeby nikt nas nie usłyszał. Żeby nikt nie usłyszał, jak brzmi miłość.1

Historia:
Lato 1990 roku, niby coraz bliżej nowoczesności, ale wciąż niedaleko obalenia muru berlińskiego. Kiedy Świat zajęty jest sprawą zjednoczenia Niemiec, w małej wsi na końcu świata, szesnastoletnia Maria wczytuje się w losy braci Karamazow. Dziewczyna ma własne problemy: przyszłość jest niejasna, miłość niepewna, a rok nauki zawalony; nie musi się dodatkowo zamartwiać polityką. Niedawno wyprowadziła się od matki, która wychowywała Marię samotnie. Przyjęła ją rodzina jej chłopaka Johannesa, posiadająca najbogatsze gospodarstwo we wsi. Choć szesnastolatka woli czytanie od pracy na polu, angażuje się w życie rodziny Banner. I niby jakoś to się układa, tylko Maria sama nie wie, czego tak naprawdę chce, w przeciwieństwie do Johannesa. Kiedy jadą do zachodniej części Niemiec, chłopak kupuje drogi aparat fotograficzny i próbuje dostać się na studia artystyczne do Lipska. Maria zaczyna czuć się opuszczona. Kiedy Hennes, blisko czterdziestoletni właściciel stadniny koni z gospodarstwa obok, zaprasza dziewczynę do siebie, sprawy zaczynają się komplikować. Maria kocha się z Hennesem. Doświadcza silnych namiętności: wstydu, pożądania, niepokoju. Szesnastolatka zakochuje się w gospodarzu w jedyny, młodzieńczy sposób - do szaleństwa. Czy uczucie nam przedstawione jest miłością zakazaną, czy raczej destrukcyjną? A może bohaterami kieruje wyłącznie żądza bliskości.
Stoi teraz przede mną kieliszek z przezroczystym napojem. Biorę go i piję; to wódka. Henner zdejmuje mi z ramion chustkę. Psy drapią w drzwi, bo zostawił je na zewnątrz. Nie chce świadków, myślę, mogłoby to rozszczekać w świat. Ta myśl mi się podoba. Niewiele brakuje, żebym się roześmiała. (...) Henner staje za mną i kładzie mi ręce na szyi. Teraz umieram. Jeśli teraz nie umrę, to nigdy już nie będę odczuwała lęku. Psy szaleją, a ja piję dalej.2

Opinia:
Kiedyś wszyscy... to książka na jeden wieczór. Żeby miała prawo bycia sprzedawaną za trzy dychy, wydawnictwo powiększyło czcionkę do granic przyzwoitości i usztywniło okładkę. Bardzo ładną swoją drogą. Choć utwór jest bogaty językowo, nie można tego powiedzieć o objętości, dlatego cena jest zbyt wygórowana.

Debiut pani Krien jest zdecydowanie obiecujący. Ciekawe tłumaczenie otrzymujemy dzięki Agnieszce Gadzale, która sprawiła, że w polskim przekładzie wszystko gra i ładnie brzmi. Książka ta jest przykładem, że historię powtarzalną, czy nieinteresującą można przekształcić we wspaniałe doświadczenie dzięki sprawnym posługiwaniu się językiem. Opisy są zmysłowe. Myśli bohaterki i jej narracja pozostawiają w niektórych miejscach niedopowiedzenia. Maria często nie mówi konkretnie co czuje, ale opisuje to na własny sposób, oryginalnie, intymnie, a jednocześnie prosto. Właśnie dzięki temu możemy lepiej zrozumieć emocje głównej bohaterki. 

Maria nie jest jedynym wątkiem, który potrafi czytelnika poruszyć. Gdy gdzieś w tle dokonują się przełomowe momenty, poznajemy historię Bannerów: losy Fridy (babci Johannesa) oraz Alfreda, którzy mieli się ku sobie, ale kobieta wyszła za bogatego gospodarza, a on został przy niej jako parobek. Dowiadujemy się o przeszłości Hennera, jego miłości do matki, zdrady żony, kłopotów z milicją. Maria opowiada również o swoim ojcu, który wyjeżdżał na wschód do ZSRR i tam zdradzał matkę, aż w końcu wzięli rozwód. Choć akcja rozgrywa się w małej wsi, bohaterowie złączeni są skomplikowanymi relacjami. Głębia emocji towarzysząca każdej historii nie jest poprowadzona z patetycznym wykrzyknikiem, czytelnik sam musi się domyślić i ją odnaleźć.

Poza tym zakończenie jest niekoniecznie zaskakujące, ale ciekawe. Sama odczuwałam pewną niemoc w związku z losem głównej bohaterki - niby skończyło się dla niej dobrze, na pewno łatwiej, ale niedosyt uczuć i napięcie w oczekiwaniu na konfrontację wywołało smutek, z którym wałęsałam się do wieczora.
Nie ma słów na opisanie wstydu zmuszającego mnie do opuszczenia wzroku. Niech rozstąpi się ziemia. Stoję, a on milczy. Nie wiem, które uczucie jest silniejsze: nieokiełznana tęsknota za kolejną taką nocą, upokorzenie tamtej chwili i pragnienie, żeby się to wszystko powtórzyło, strach, dziewczyńska duma i życzenie, by ktoś tę dumę złamał...?3

Ocena:
Niegłupia książka na jedno posiedzenie. Mam nadzieję, że pani Krien będzie szła w stronę prostoty i zmysłowości, które wyróżniają Kiedyś wszystko... spośród wielu innych okruchów życia. No i ciekawa zachęta, by zabrać się za klasykę Dostojewskiego. Bardzo polecam.

1 - Krien D., Kiedyś wszystko sobie opowiemy, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2013, s. 35.
2 - Tamże, s. 67.
3 - Tamże, s. 78.

czwartek, 1 października 2015

Świat Judyty: Ziemia Obiecana z filcu, kory i opakowania po toffi

Tytuł: Świat Judyty
          The Land of Decoration
Autor: Grace McCleen
Tłumacz: Katarzyna Petecka - Jurek
Okładka: Mariusz Banachowicz
Wydawnictwo: Sonia Draga
Miejsce i rok wydania: Katowice 2013
Gatunek: dramat, okruchy życia
Ilość stron: 346
Cena: 34,90 zł (w promocji ~10 zł)
Ocena: 7/10

Wstęp:
Myślałam, że jako dziecko miałam całkiem rozbudowaną wyobraźnię i talent plastyczny. Choć moje doświadczenie skończyło się ze stosem pociętego papieru toaletowego i podpasek, byłam dumna ze swojej dziecięcej aktywności. Świat Judyty zawstydził moje pojęcie kreatywności. Po co kończyć na zniszczeniu tanich przyborów toaletowych, skoro można tworzyć, i to całe miasto.

Historia:
10-cio letnia Judyta (Judith) mieszka z ojcem w małym domu. Jej matka umarła zaraz po porodzie i dziewczynka obwinia się o śmierć mamy. Poza tym nikt nie wie, jak bogatą wyobraźnią dysponuje 10-cio latka. W swoim pokoju zgromadziła śmieci zbierane po drodze ze szkoły oraz rzeczy pozostawione jej przez mamę. Tylko, że to nie są już tylko zwyczajne przedmioty. Judyta, z papierków, pudełek i sznurków, stworzyła miniaturę miasta, w którym żyje. Ona i jej tata należą do grupy kościelnej, pukającej od domu do domu i głoszącej bliski koniec świata. Jak można się domyślić, odmienne poglądy wpływają na niepopularność i wredotę tych "fajniejszych" dzieci. Judyta jest ignorowana przez koleżanki i dręczona przez Neila Lewisa. Do popychania i głupich uwag można się jeszcze jakoś przyzwyczaić, ale groźba wsadzenia głowy go klozetu? Judyta jest przerażona. Cały czas zastanawia się, czy umrze i próbuje wstrzymywać oddech. Na coniedzielnym spotkaniu ich grupy kościelnej radzi się brata Michaela . Ten każe jej po prostu wierzyć. Dziewczynka wierzy, i to jak. I właśnie wtedy zaczyna się wszystko. Właśnie wtedy, przed nieszczęsną szkołą, z bolącym brzuchem i głową pełną zmartwień, do Judyty przemawia Bóg.
Nazywam się Judyta McPherson. Mam dziesięć lat. W poniedziałek wydarzył się cud. Tak będę to nazywać. I to ja go sprawiłam. Przez to , że Neil Lewis powiedział, że wepchnie mi głowę do klozetu. Przez to, że się bałam. Ale też przez to, że wierzyłam.1
Opinia:
Świat Judyty to bardzo obiecujący debiut pani McCleen. Rozwój wydarzeń śledzimy z punktu widzenia 10-cio letniej dziewczynki. Czasami sposób opisywania wydaje się za bardzo złożony i poetycki jak na tak młodą osobę, czasami usilnie dziecinny, ale kto pamięta o czym myślał, gdy oglądał z pasją Dragon Balla. Szczególnie, jeżeli przyjmiemy, że Judyta jest również wymówką, po to żeby ukryć prawdziwe problemy ze świata dorosłych, poznawane przez podsłuchiwanie rozmów, czy obserwację tatę przez szparę w drzwiach.
Tekst podzielony jest na wiele krótszych rozdziałów, które czyta się trochę jak pamiętnik głównej bohaterki. Całość jest przejrzysta i przyjemna dla oka. Nie mam pojęcia, dlaczego pani Kataryna przetłumaczyła wyłącznie imię Judith - może omijanie późniejszych kłopotów w deklinacji, może sprawa marketingowa (tytuł).
Miałam w sobie coś ogromnego, ale moje ciało było na to za małe. Tak szeroko otwierałam oczy, że aż mnie paliły. Siedziałam tak nieruchomo, że w mojej piersi nie było miejsca na oddech.
Siedziałam tak nieruchomo przez cały czas, kiedy te wszystkie gwiazdy leciały i patrzeliśmy, jak przecinają nieba, aż w końcu znikały, i po chwili znowu mogłam przełykać, potem mogłam mrugać i w końcu oddychać.
 Tato i ja siedzieliśmy na schodach jeszcze chwilę, a potem weszliśmy do domu. I to był mój  najlepszy dzień w życiu.2
Fabuła bywa poruszająca. Nie szukałam interpretacji, czy Judyta naprawdę ma super moc, czy rozmawia z Bogiem, czy też z własnym sumieniem, a może z tą ciemniejszą stroną mocy? Skupiałam się na dziewczynce dręczonej myślą, że to przez nią mama umarła, że tata jej nie kocha, w szkole jest wyrzutkiem i zadręcza się sprawami moralności, dobra i zła oraz śmierci. Nawet zbrodni i kary. Oczywiście wszystko tak po dziecięcemu. Dzięki temu autorka zapewniłaby sobie opinię "w porządku", gdyby nie bardzo dobra postać ojca. Tata, jak to tata - nie mówi, że kocha, wstydzi się przytulić, dać buziaka na dobranoc, ale kocha. Mamy okazję zżyć się z mężczyzną, który stracił żonę i nie mógł przeżyć żałoby ze względu na domagającą się uwagi córeczkę. Teraz ma problemy w pracy, jako nieliczny nie podejmuje się udziału w strajku. Jest przez to nielubiany i szykanowany. Kłopoty zawodowe nie wpływają dobrze na jego samopoczucie, a tym bardziej na niezapłacone rachunki. W dodatku jacyś chłopacy dewastują nocami ich dom. Zagubiony człowiek stara się nie pokazywać słabości córce i chroni ją jak potrafi. Gdy jego cały świat się wali, jedyne o czym myśli to Judyta. Pięknie pokazana rodzicielska miłość.

Warto jeszcze powiedzieć, że utwór ma ładne okładki.

Ocena:
Przyjemna i ciepła lektura. Choć zmierzamy do katastrofalnego finału, daje nadzieję i obrazuje wartość rodziny. Autorka pokazuje jak Armagedon może spotkać każdego przeciętnego człowieka, ale to nie znaczy, że zniszczenia będą nie do odbudowania.
Mówię sobie, że w chmurach są pałace, w oczku wodnym góry, autostrady w pyle pod moimi stopami i miasta na spodzie liści; na księżycu jest twarz i galaktyka w moim oku, i wir na czubku mojej głowy.
I wtedy wiem, że jestem ogromna i jestem malutka, trwam wiecznie i w jednej chwili mnie nie ma, że jestem młoda jak nowo narodzona myszka i stara jak Himalaje. Tkwię bez ruchu i wiruję. A skoro jestem pyłem, jestem też pyłem gwiezdnym.
3

1 - McCleen G., Świat Judyty, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2013, s. 16
2 - Tamże, s. 275-276.
3 - Tamże, s. 220.

środa, 23 września 2015

Shimoneta to Iu Gainen ga Sonzai Shinai Taikutsu na Sekai: Niech żyją sprośne żarty!

Tytuł: Shimoneta to Iu Gainen ga Sonzai Shinai                          Taikutsu na Sekai
Studio: J.C.Staff
Ilość odcinków: 12
Sezon: Lato 2015
Gatunek: komedia, zboczeństwa, szkolne
Ocena: 7/10

Wstęp:
W młodości czytało się to Orwella, to Huxley'a i kiedy jesteś już przekonany, że o tak poważnych sprawach trzeba poważnie mówić wchodzi Shimoneta. Nowomowa, nadzór obywateli i ruch oporu w nudnym świecie, gdzie nie istnieje koncept sprośnych żartów? Jestem na tak!

Historia:
W przyszłości Japonia to kraj całkowitej czystości. Żeby pozbyć się brzydkich i niewłaściwych rzeczy dla dzieci, rząd wydał nakaz zniszczenia całej pornografii. Pamiętasz, co chowasz pod łóżkiem - spalone. Wszystkie twoje waifu z kolekcji eroge - zdeptane. Poduszki, figurki, zdjęcia - za to się idzie siedzieć. A na tym nie koniec. Władza patrzy nie tylko na ręce, ale także na twoje usta. Ludzie noszą na szyjach obroże, które reagują na zakazane słowa. Można sobie wyobrazić jak eufemizmy wylęgają się w mgnieniu oka. Nic bardziej mylnego, bo jak można mówić o czymś, o czym nie ma się pojęcia?
Odcinek 3

W świecie Wielkiego Brata dorastał Tanukichi Okuma. Gdy nasz protagonista był jeszcze dzieckiem, jego ojciec nie przestrzegał ścisłych reguł dotyczących praw tabu i dzielnie walczył o uwolnienie sprośności. Niestety policja złapała go gdy wykrzykiwał niewygodne hasła i rozrzucał prezerwatywy przed budynkiem władzy. Tanukichi zaczął być wytykany palcami. Czas spędzał w samotności, gniewając się na ojca. Jednak pewnego razu dziewczynka o imieniu Anna podeszła do chłopca bez lęku i pobawiła się z nim. Po kilku latach z gimnazjum o niskiej moralności, Okuma, podążając za czystą i niewinną Anną, dostał się do jednej z najlepiej renomowanych szkół. W końcu będzie mógł przebywać ze swoją nieskazitelną senpai. Ale co się stanie, gdy natrafi najpierw na Blue Snow, terrorystkę, która latając w samym prześcieradle i masce z majtek rozrzuca zboczone zdjęcia i wykrzykuje: P*NIS! na całe gardło? Pójdźmy dalej, co gdyby ta terrorystka, Ayame Kajou, należała na samorządu uczniowskiego w liceum, gdzie dostał się również nasz protagonista? I gdyby wmieszała Tanukichi'ego w pobudzanie uczniów, kradzież moczu, czy konstruowanie erotycznych zabawek?

Opinia:
Odcinek 6
To anime jest świetne na wiele sposobów. Po zboczonej antyutopii można się niby spodziewać wszystkiego, ale kto by przewidział wibrujące cycki, czy wagino-jaskinię? Komizm słowny, sytuacyjny i postaci umila nam czas poświęcany grupie S.O.X., która walczy o prawa sprośnych żartów. Humor zalewa cię od dialogów do designu postaci (bohaterka z fryzurą w kształcie penisa!), a dotyczy on wszystkiego, co w Japonii kochamy: złodziei bielizny (pantsu!), loliconu, trapów oraz YAOI. Zboczeńcy zaznajomieni z serią Seitokai Yakuindomo, dostrzegą analogię pomiędzy parą głównych protagonistów. Tak jak Tsuda prostuje Shino, tak Tanukichi komentuje Ayame (nie mówiąc o designie postaci). Do tego warto wspomnieć o openingu, który jest po części parodią power rangers i tego typu bohaterów. Nie mogłam się zmusić, żeby go przewinąć.

Odcinek 1
Ale czy zboczony samorząd uczniowski to jedno nawiązanie. Drugie, wcale nie o dziwo, dotyczy poważnych klasyków. Pytacie się, co ma wspólnego Shimoneta z Rokiem 1984? Całkiem sporo. Na pozór przyjemny świat, gdzie nic nie zagraża nieświadomości dzieci, jest światem zniewolonym, w którym nie ma się własności do swojego ciała. W powieści Orwella tłumaczono nam, że seks ma być czymś machinalnym, obrzydliwym, wykonywanym tylko dla dobra partii, by rozmnażać ludzkie zasoby. W Shimonecie to temat tabu. Wydaje się, że wykluczeniu z języka kilku słów i zniszczeniu bodźców wzrokowych załatwi sprawę, a tutaj proszę, wchodzi projekt bielizny, co miała ukochana Robin Hooda w Facetach w rajtuzach. Do tego specjalne bransolety, działające jak ekran telefonu, które rejestrują ruchy ręki (strzeżcie się fapacze!). Od czasu do czasu anime schodzi na poważniejszy ton i mówi, że nasze ciało wcale nie jest nieczyste ani obrzydliwe, a pożądanie to część ludzkiej natury. Żyjąc tak w nieświadomości, ludzie nie są w stanie odróżnić miłości od pożądania, ba!, nie potrafią w ogóle zrozumieć, że są zakochani.

Opening
Właśnie temu sprzeciwia się Ayame Kajou, vice-przewodnicząca, przyjaciółka Anny, a pod majtkami terrorystka, Blue Snow. Sympatyczna postać ze wspaniałym, złowrogim śmiechem, posiada telefon, który pozwala jej mówić sprośne słowa przez 5 minut dziennie. Buduje własną grupę, która rozprowadza po szkole pornografię i uświadamia młodzież. Zawsze ma w rękawie jakiś plan na czarną godzinę. Jeżeli myślisz, że to rozpustna baba, to mylisz się całkowicie. Ayame bywa nieśmiała i nigdy nie chce nikogo zranić. Wydawało mi się, że Tanukichi zostanie postacią, która, zaszantażowana, będzie wlec się niechętnie za przewodniczącą i jak tsundere, nie przyzna się, że lubi pracować w S.O.X. Tymczasem było zupełnie inaczej. Okuma zrozumiał Kajou i zaangażował się w sprawę uwolnienia sprośnych żartów: nawet zrobił sobie najlepszy w dziejach strój dla superbohatera. To jak udawał damski głos w pokoju pielęgniarki, został postacią w homo-mandze dla dziewcząt, czy atakował wibrującą stopą złodziei majtek wzruszyło mnie do łez.

Odcinek 2
Poza Saotome Otome, rysowniczką zboczonych ilustracji, Kosuri, dziewczyna-penis, czy Fuwy Hyouke, zgłębiającą proces zachodzenia w ciążę, warto wspomnieć o Annie. Nie, nie warto. Trzeba. Nishikinomiya Anna to przewodnicząca rady uczniowskiej, najbardziej nieskazitelna niewiasta, której rodzicami są główni działacze w sprawie usuwania erotyki. Ale czy na pewno? Dziewczyna nierozgraniczająca co jest sprośne, a co nie, po rozbudzeniu swojego ciała pocałunkiem, staje się chodzącą definicją zboczeńca. Swoje seksualne pociągi kieruje na biednego Tanukichi'ego, który musi od teraz trzymać przy sobie swoje bokserki. Piękna odmiana yandere.

Shimoneta ma swoje wady, ale tylko jedna wydaje się na tyle ważna, żeby się o niej rozpisać. Niepotrzebny odcinek 12. Przynajmniej nie jako zakończenie serii. Część 11. jest skonstruowana jako idealna końcówka dla tego całego zboczeństwa. W 12. tyle rzeczy jest nielogicznych i niepotrzebnych, jak choćby Nishikinomiya Sophia. Moim zdaniem epizod ukrytego skarbu mógłby się mieścić w okolicach 5, 6 odcinka, ale na pewno nie jako zwieńczenie całości. W mojej ocenie nawet go nie liczę. Po prostu walka z bosem była zbyt dobra (ciągle bolą mnie sutki).
Odcinek 11

Ocena:
Shimoneta jest zabawna, z pomysłem i całkiem przyjemna do interpretacji. Chcesz zobaczyć trapa - masz; coś dla fanów yaoi - jasne; pragniesz oglądać wąchanie bielizny - prawdopodobnie jesteś chory. Polecam!


sobota, 19 września 2015

Fate/kaleid liner Prisma☆Illya: Kto nie chciałby zostać magiczną dziewczynką?

Tytuł: Fate/kaleid liner Prisma☆Illya
Studio: Silver Link
Ilość odcinków: 10
Sezon: Lato 2013
Gatunek: magiczne dziewczynki, akcja, fantasy, komedia
Ocena: 6/10

Wstęp:
Nikt tak nie bawi się swoim stereotypem jak mahou shoujo. Myślisz, że masz tu słodką dziewczynkę, co jeszcze podstawówki nie skończyła, to się napatrzysz na pierwsze miłości, przyjaźnie i wycinanie kwiatków na lekcji plastyki. A tu proszę, jedna nie ma duszy, druga głowy, a trzecia wykrwawia się powoli na naszych oczach. Typowe mahou shoujo.

Historia:
Toosaka Rin oraz Luviagelita Edelfelt (ach te szlacheckie imiona) są magiczkami. Obiecano im, że jeżeli wykonają pewną misję, zostaną uznane za uczennice potężnego maga. Ich zadaniem nie będzie zdobycie rzadkiego składnika, czy odzyskanie tajemniczego zwoju - muszą zebrać karty, znajdujące się w Japonii. Oczywiście nie takie, które można bezkarnie tasować - karty posiadające w sobie siłę bohaterów, których najpierw trzeba pokonać. By ułatwić dziewczynom zadanie, Rin i Luvia zostają właścicielkami dwóch różdżek, potrafiących uczynić swego posiadacza magiczną dziewczynką. Potężną magiczną dziewczynką. Jednakże Ruby i Sapphire (berła) zostają bezczelnie wykorzystane do walki pomiędzy czarodziejkami. Postanawiają zatem zmienić swoje panie.

Illyasviel von Einzbern jest zwyczajnym dzieckiem - chodzi do szkoły, ma dużo przyjaciół i lubi oglądać anime. Nie patrzmy na to, że mieszka z dwoma pokojówkami. Pewnego wieczoru, w czasie kąpieli, Illya wypatruje na niebie błyszczący przedmiot, który wlatuje przez okno, nokautując przy okazji przybranego brata, Shirou (menda przylazł do łazienki, jako pretekst do małego ecchi). Okazuje się, że niezidentyfikowanym obiektem jest magiczna różdżka, Rubi. Illya zdezorientowana chce wyrzucić przybysza przez okno, lecz gdy tylko go dotyka, ta rejestruje dziewczynkę jako swoją właścicielkę. I oto nagle mamy nową mahou shoujo.

Odcinek 1
Gdy Rin w końcu znajduje Illyę, zostaje jej mentorką i próbują razem zebrać karty. Przy swoim pierwszym pojedynku z bohaterem, nieporadnej Illyi pomaga Miyu, dzierżąca drugie berło i sprzymierzona z Luvią. Jednakże dziewczyna nie jest skora do współpracy. Deklaruje się, że karty zdobędzie samodzielnie. Illya jednak nie odpuszcza. Ale co się stanie, gdy bycie magiczną dziewczynką będzie odmienne od tego, co pokazuje anime. Słodki strój to jedno, lecz gdy przyjdzie ryzykować własnym życiem, czy bohaterka zdobędzie się na poświęcenie, by walczyć za swoich przyjaciół?

Opinia:
Fate/kaleid to projekt, który nie wiedział, w którą stronę tak naprawdę pójść. Mamy coś, żeby się pośmiać, coś poważniejszego, trochę fanserwisu i sztampowe rozwiązania. Humor był fajny i zboczony, parsknęłam nieraz i nie dwa, ale czasami wydawał się wymuszony i niepotrzebny, przykładowo kiedy Sella (jedna z pokojówek) wykłócała się o swoje piersi. Bardzo dobry był odcinek 6, na który poszła prawdopodobnie połowa budżetu. Walkę sprezentowano w nim dynamicznie, ładnie, z dobrymi kadrami. I był to jeden z nielicznych momentów angażujących, wchodzących na pole dla dojrzalszego widza.

Odcinek 5
Prawdziwy, wymagający pojedynek i przerażenie Illyi, że to przecież nie anime, można się skaleczyć i umrzeć - to nie do końca wykorzystane wątki. Scena walki nie jest krótka, ale kiedy Sapphire nagle wyskakuje, napięcie zostaje nadwątlone. Według mnie tej scenie powinno pozwolić trwać.

Rozumiem szczęśliwe zamykanie wątku, w końcu anime mieści się w mahou shoujo, jednak twórcy mogliby trochę namieszać - nie wiem, może kogoś po drodze zamordować (po prostu marzę o kolejnym Fate/Zero). Chociaż przecież dostałam motyw shoujo ai i yandere, więc powinnam się w kwestii zakończenia zamknąć. 

Odcinek 5
Co do tworzenia według szablonu: Illya jest zwyczajną, słodką dziewczynką, która wierzy w siłę wyobraźni, a Miyu to ta kuudere: chłodna, nieśmiała, nie radzi sobie dobrze z ludźmi i nie ma przyjaciół, ale dobrze wygląda w stroju pokojówki. I jakoś mi to w tym tytule nie przeszkadza. Osobiście dodałabym do gatunków parodię - wtedy bohaterki pasowałyby jak ulał. Szczególnie jeżeli uwzględnimy Luvię, typową arystokratkę, która ma irytujący śmiech pani mikołajowej, wielką chałupę, i helikopter. U Rin, w przeciwieństwie do swojej bogatej rywalki, hajs się nie zgadza. Można o niej powiedzieć, że jest w porządku, opiekuje się Illya, chroni tyły i działa szybko. No i całkiem fajnie wygląda z kocimi uszkami.

Bardzo miło obserwowało się postacie i świat z Fate w innej odsłonie. Mało było Shirou i dobrze, bo jego im mniej tym lepiej. Zupełnie niepotrzebnie stworzono jakiś tam wątek pomiędzy Illyą a tym.
nudnym pomidorem. Jedyny plus, to krew z nosa w pierwszym odcinku. Esencje bohaterów zgromadzone w kartach to oczywiście nasi herosi z poprzednich serii: był jeździec, szermierz, mag, berserk, zabójca i łucznik, z czego trzy ostatnie walki były całkiem całkiem. Z resztą, wszystkie te nawiązania na pewno ucieszyły fana Fate.

Co się tyczy fanserwisu - nieźle. Choć boli, że pozować dla nas mają dziewczynki z podstawówki, oj boli, to nie ma tego cierpienia aż tak dużo. Najintensywniej wypada w tym świetle
odcinek siódmy, którego kadr można podziwiać poniżej.

Odcinek 7
Ocena:
Wynik końcowy: ok. A to wszystko za nawiązania, walkę oraz shoujo ai. Jeżeli jednak autorzy przygotowali dla nas kolejne sezony, powinni wiedzieć, jaką drogę obrać: trochę więcej seinen, mniej niepotrzebnego humoru i najlepiej wyrzucić Shiro na zbity pysk. Polecam.

środa, 16 września 2015

Nowicjuszka: Można? Można.

Tytuł: Nowicjuszka
          The Novice
Nazwa serii: Trylogia Czarnego Maga (tom II)
Autor: Trudi Canavan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Okładka: Steve Stone/ Artist Partners LTD.
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Gatunek: fantasy
Ilość stron: 588
Cena: 17,90 zł
Ocena: 5/10
Wstęp:
Czasami mam już czasami dość swojego ciężkiego życia: zimne stopy, świeży siniak na nodze, rozlana herbata... Dlatego człowieka ciągnie do śmiesznego świata nastoletnio-dorosłych problemów, z którymi możemy się utożsamić, ale z bohaterami już nie. Właśnie dlatego sięgnęłam po Nowicjuszkę. Żeby poprawić sobie humor cierpieniem dręczonych rówieśników, osamotnienia, nietolerancji... Zaraz, zaraz, czy to ciągle jest kontynuacja tej sagi o Magach, Gildiach i czarach?

Historia:

Sonea, pomimo gróźb i szantaży, dostała się do Gildii i jak głosi tytuł, została Nowicjuszką. Gdyby nie tajemnice Wielkiego Mistrza, który być może para się czarną magią i jest seryjnym mordercą, dziewczyna z radością wiodłaby bezproblemowe życie nastoletniej Magiczki. Czy aby na pewno? Podczas swojego zaprzysiężenia Sonea odbiera zewsząd negatywne fluidy. No tak, w końcu pochodzi ze slumsów, a odkąd powstała Gildia Magów, Nowicjuszy wybierano jedynie z grona szlachty. Czy przez głupią dumę Domów będzie poniżana, dręczona i izolowana? Jakżeby inaczej. Główna gnida, Regin, posiada zdolności towarzyskie i przywódcze, których nie omieszka wykorzystać przeciwko naszej protagonistce. Chłopak z dobrego domu napada na Soneę grupowo, niszczy jej rzeczy, oskarża o kradzież oraz o intymne kontakty z mentorem, Rothenem - a to tylko kilka przykładów, kiedy będziecie życzyć mu łamania kołem. Dziewczyna postanawia przenieść się do starszej grupy, ale czy w ten sposób uda jej się ominąć przyrodniego brata Joffreya?

Nie zapominajmy również o Wielkim Mistrzu (Akkarinie) i serii morderstw, która nawiedza slumsy. Administrator, szkolny przyjaciel przewodniczącego Gildii, niechętnie łączy fakty ze wspomnieniami Sonei. By przygotować się na możliwe starcie z Mistrzem, Lorlen wysyła zadanie nowemu ambasadorowi w Elyne, sympatycznemu Dannylowi, by prześledził podróż Akkarina, zanim został przywódcą Gildii. Dyplomata nie tylko podąża śladami domniemanego mordercy, ale również mierzy się z przeszłością - niewygodnymi plotkami o zbyt bliskiej przyjaźni ze starszym kolegą podczas nowicjatu. Czy razem z przyjacielem Tayendem odnajdą odpowiedzi na pytania swoje i swoich towarzyszy?

- Tak, w dzieciństwie zdarzało mi się kraść jedzenie i pieniądze - przyznała, zmuszając się do podniesienia głowy i spojrzenia Issle prosto w oczy - Ale tylko wtedy, kiedy głodowaliśmy albo zbliżała się zima i potrzebowałam butów i ciepłego ubrania.

Oczy Issle zabłysnęły triumfalnie.

- A zatem jesteś złodziejką.1
Opinia:
W porównaniu do pierwszej, nijakiej części Czarnego Maga, drugi tom sprawił mi wiele radości. Dobrze się bawiłam wyklinając Regina i jego głupkowatą bandę, wspominając przy tym piękne czasy dręczonego Harrego Pottera. Z problemów typowo magicznych przeszliśmy na typowo społeczne, czyli mobbing w szkole i nietolerancja wobec kochających inaczej. Nawet nie wiecie jakie przeżyłam zaskoczenie. Na początku autorka daje nam jakieś znaki, z których sobie żartowałam, ale kiedy okazało się, że to nie są żadne żarty, moja ciemna strona fujoshi eksplodowała. Fantazja poszła w ruch i żadnym sposobem nie dało się jej zatrzymać. Zacieszałam się ile można, obmyślałam tortury dla dręczycieli Sonei i jednym słowem, bardzo dobrze się bawiłam (to właściwie 4 słowa, ale pal licho).
Jeżeli ktoś nie polubił za bardzo wątku szkolnego dramatu miał 2 kolejne do wyboru prowadzone z dwóch innych perspektyw. W pierwszej części trylogii autorka bawiła się przeskakiwaniem od przestraszonej Sonei do wkurzonych Magów, by pokazywać 1 wydarzenie od dwóch stron. W tej części mamy 3 różne sprawy, którymi zajmują się inne postacie. I to się chwali.


Jeżeli chodzi o główną bohaterkę - Sonea przeszła przemianę niczym Pinokio - jako tako stała się prawdziwą dziewczynką. W końcu ma jakiś charakter, a to, że jest grzeczna, nazbyt życzliwa, bardzo niepewna, ale zawsze najlepsiejsza, cóż, powiedzmy, że dodawało mi radochy. Tak samo czułam się zgłębiając draniowatość Regina, który jest wstrętny do szpiku kości i przez to po prostu wspaniały. Głupio uparty. Reszta postaci również ma wyznaczone role: Rothen, opiekun Sonei, jest zatroskanym ojcem, Wielki Mistrz osamotnionym cierpiętnikiem, który robi złe rzeczy (ciągle mi się podoba), Dannyl ciepłym gościem i właściwie, oprócz słodkiego geja Tayenda, nie ma o kim wspominać. Pamiętacie może Cery'ego, co się obijał przez cały poprzedni tom. No bo właśnie ja coś nie bardzo...


Patrząc tak ze strony technicznej - pani Canavan strasznie lubi kursywę.
Ktoś czterokrotnie zdecydowanie zapukał do drzwi, a Lorlen poczuł, że serce mu zamiera.
To nie było pełne uprzejmości pukanie Osena, ani też lekko przestraszone służącego. Ani nawet nierozpoznawalne pukanie kogoś z magów. To było stukanie, które mroziło krew w żyłach, którego wyczekiwał z przerażeniem.2
Opinia:
Nowicjuszkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Ciągle nie super skomplikowana, gdzie bohaterowie trzymają się wyznaczonych przez autorkę roli, ale dająca radość ze zgłębiania fabuły. Ta książka (albo jej podobna) powinna rozpoczynać przygody Sonei. Osobiście polecam.

1 - Canavan T,, Nowicjuszka, Galeria Książki, Kraków 2012, s. 62.
2 - Tamże, s. 360-61. -> piękny opis mrocznego pukania

niedziela, 13 września 2015

Gildia Magów: Bo fajnie jest jak coś się nazywa Trylogią

Tytuł: Gildia Magów
           The Magicians' Guild
Nazwa serii: Trylogia Czarnego Maga (tom I)
Autor: Trudi Canavan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Okładka: Steve Stone/ Artist Partners LTD.
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2011
Gatunek: fantasy
Ilość stron: 518
Cena: 35,90 zł
Ocena: 3/10


Wstęp:
Jako pobieżna fanka fantastyki, która rzuca się to na Paoliniego, to na Sapkowkiego, napadana pozytywnymi opiniami o pani Canavan jako pisarki fantasy dla młodzieży, pomyślałam, że co mi tam. I tak się za bardzo nie znam, nie rozkładam rąk nad złożonością świata, czy skondensowaniem ras. Jednakże na bohaterów i fabułę uwagę już poniekąd zwracam, czy chcę czy nie. A tego właśnie nie uwzględniono w Gildii Magów.

Historia:
W Imardinie, mieście, gdzie znajduje się główna siedziba Gildii Magów, co roku dokonuje się Czystek na terenie slumsów. Magowie, którzy są objęci surowym prawem, z nakazu króla, wyganiają pijaków, bidaków, niewinne rodziny, chorych i inne zakały miast - innymi słowy przeciętnych obywateli. Członkowie Gildii, znienawidzeni przez bylców (mieszkańców slumsów), są przez nich często zwymyślani i obrzucani na pewno nie bukietami róż. Sonea, (o dziwo główna bohaterka) podczas tegorocznej Czystki, dołącza do swoich przyjaciół i rzuca w niegodziwych Magów kamieniami. W pewnym momencie skupia swoją negatywną energię i zadziwia wszystkich dookoła. Cóż, z pewnością nie tak, jakby tego chciała, ale imię dziewczynki, która przełamała się przez barierę jednego z Gildii pozostanie niezapomniane. Tak moi drodzy, w slumsach, wychowany w nienawiści do magii, grasuje dziki Mag! Cały Imardin przewraca się do góry nogami: jak dotąd Magowie pochodzili wyłącznie ze szlacheckich domów, a nagle okazuje się, że zwykła ulicznica może posiadać niebagatelne pokłady mocy. Sonea ukrywana przez przyjaciela Cery'ego u Złodziei, walczy jednocześnie z Gildią, która chce ją pochwycić oraz ze swoimi umiejętnościami, będącymi bardziej niszczycielskimi niż można się było spodziewać.

Opinia:
Ach, jak fajnie posłuchać, gdy coś jest nazywane trylogią. Panuje na trylogie właśnie ogromna moda. Cóż, często się mówi, że 3 to idealna liczba i wszystko co znasz będzie to potwierdzać - Pokemony, Naruto, Harry Potter, Sienkiewicz, Kieślowski. Mimo to, nawet jeżeli pudełko lepiej się na półce prezentuje, ta książka nie jest Czarnemu Magowi fabularnie potrzebna. No przynajmniej połowa. Styl nie jest wymagający i można go czytać szybko i przyjemnie, jak przystało na książkę akcji, ale przez prze nudne oraz powtarzalne akcje wszystko się strasznie wlecze, w ostateczności nie osiągając niczego. Dokładnie, ponad połowa lektury jest przedłużeniem tego, co mogłoby się zmieścić w przynajmniej 50 stronach, jeżeli autorka przyśpieszyłaby bieg wydarzeń i wydziobała niepotrzebne epizody. Co prawda poznajemy trochę Cery'ego, ale ze dwie, trzy sceny, mające pokazać nam jak to się nie stara, nie przybliżyły mi do końca protagonisty.
A szkoda, bo świat jaki stworzyła pani Canavan jest dla mnie dość atrakcyjny (szczególnie dla takiego laika, co się klasyki nie tyka). Gildia Magów pod surowymi zasadami króla, sprzymierzone królestwa, czy opozycyjna Gildia Złodziei są ciekawym elementem książki, których właściwie nie poznajemy, bo Sonea musi uciekać, uciekać tunelem, uciekać zakazanym przejściem i może trochę po podpalać pokój.

Jeżeli chodzi o postacie - zdarzyło mi się mieć jakieś ciche sympatie. Ale szeptem. Cery w sumie skończył jako Ten-Porwany-Sfriendzowany. Faren, lider grupy złodziei, który ukrywał główną bohaterkę, miał dla mnie lichą motywację, jak dla mnie wciśniętą na siłę przez autorkę, bo jaki profit z tego, że co rusz przenosi ją do innej kryjówki, a ona mu podpala chatę. Jeśłi byłby człowiekiem, który zna się na magii - ok. Jako ktoś, kto próbuje odpokutować grzechy i widzi w Sonei swoją zmarła córkę, żonę, siostrę, raczej nie matkę, to już byłoby niepokojące - mogę przymknąć oko. Ale złodziej, mało tego przywódca złodziei...?
O Sonei nie wspomnę - nie dość, że była przemycana jak lalka, to nie wykazała się mocnym charakterem. Mogę to zrozumieć, okazało się, że ma moc i wszyscy ją nagle chcieli itd., ale dla mnie osobiście to nie wymówka, żeby dziewczyna nie mogła pokazać trochę indywidualizmu.
Polubiłam za to drugą stronę medalu: Rothena i Dannyla, którzy to usiłują jak najszybciej znaleźć dzikiego Maga jako pierwsi, żeby protagonistce pomóc. Starają się ile mogą i są pozytywni do bólu, ale pozwalają na kilka komicznych sytuacji, więc ciepełko w sercu bije. Najlepszy okazał się jednak Wielki Mistrz, chodzący w ciemnych szatach,wzbudzający respekt i tajemniczy - szkoda, że autorka nie napisała jak bardzo jest przystojny. A to, że ma jakieś matactwa w piwnicy i rękawy poplamione krwią to sprawy marginalne.

Podsumowanie:
Powiedzmy szczerze, książka nie była tak dobra jak obiecywały piękne nadruki na okładce. Zabrakło ciekawszego pomysłu na fabułę, akcja, choć w niezłym świecie, raczej się wlecze, a finał tomu nie jest ani trochę satysfakcjonujący. Ale, ale, każdy kiedyś musiał popełnić swoją pierwszą książkę. Debiut pani Canavan nie mogę uznać za udany, choć obiecujący. Jak słyszałam, druga część jest o niebo lepsza i po osobistym sprawdzeniu przyznaję rację. Chociaż serce będzie boleć, radzę przeskoczyć tom pierwszy Czarnego Maga i od razu zabrać się za 2. W pierwszym rozdziale Nowicjuszki mamy na ogół dobre streszczenie Gildii Magów, więc nic wstrząsającego nas nie pominie. Książka po prostu powinna być dozwolona do lat 18-stu. Zakończmy tym muzycznym akcentem.

czwartek, 10 września 2015

Trzech panów w łódce nie licząc psa: Ahoj reumatyczna przygodo!

Tytuł: Trzech panów w łódce nie licząc psa
           Three Men in a Boat (To Say Nothing of the Dog)
Autor: Jerome Klapka Jerome
Tłumacz: Kazimierz Piotrowski
Ilustracje: Mieczysław Piotrowski
Okładka: Lech Majewski
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986
Gatunek: komedia, parodia, podróż
Ilość stron: 207
Cena: 250 (starych) zł ;)
Ocena: 8/10

Wstęp:
Są takie książki, które uznaje się za kultowe, za dziedzictwo kulturowe, kamienie węgielne, czy też milowe. Taką książką jest m. in. Trzech panów w łódce, napisaną przez angielskiego pisarza ze świetnym drugim imieniem (po przyjacielu z Węgier). Po kilku popełnionych utworach, dopiero ta powieść przyniosła mu rozgłos. Nieważne czego by nie stworzył, pozostał rozpoznawalny jako Ten, Który Napisał Trzech... Jestem ciekawa, czy miał w rękawie anegdotki typu:

- Wiesz, że Jerome napisał coś nowego?
- Jerome, jaki Jerome?
- No ten od "Trzech panów w łódce"!
- Aaaaaa...

Ogromna sława i popularność (o której rozpisuje się pan Kazimierz w bardzo fajnym Wstępie) i wkład w angielski humor sprawiły, że Jerome jest pisarzem znanym. A więc dlaczego ja o nim nigdy nie usłyszałam? Po raz kolejny natrafiam na dzieło skali światowej, o czym informuje mnie dopiero Wikipedia. Dlaczego jako jedyna jestem zawsze pomijana? Dlaczego Jerome zasługuje na uznanie? I jak bardzo spodobała mi się jego książka? Sprawdźmy!
Przystąpiłem do rzeczy w porządku alfabetycznym. Przeczytałem najpierw o artretyzmie. Dowiedziałem się, że cierpię na i że za jakieś dwa tygodnie zacznie się ostry stan zapalny. Brighta choroba, jak się o tym z ulgą dowiedziałem, nawiedziła mnie w postacie takiej jakiejś odmienionej, że mogłem z nią żyć sto lat. Cholerę to miałem z ciężkimi komplikacjami, a z dyferytem już się chyba urodziłem. W pocie czoła przetrząsnąłem litera po literze cały alfabet i w końcu okazało się, że tylko jednej choroby na pewno nie mam: puchlizny kolan, na którą cierpią panny służące, jeśli za dużo klęczą.1
Historia:
Kto z nas nie przeżył załamania nerwowego, gdy na pierwszym lepszym forum zgłaszał niewielki bóle głowy, a kochani użytkownicy z radością informowali nas, że cierpimy na białaczkę, żółtaczkę , różyczkę oraz czerwonkę jednocześnie. W XIX wieku służyły do tego książki medyczne. Nasz sympatyczny narrator określił się jako przypadek niezwykły, gdyż miał prawie każdą chorobę opisaną w tomiszczu. Zaintrygowany swoim przypadkiem, mając w myśli, że niedługo jeszcze pożyje, postanowił przekazać się w ręce zaprzyjaźnionego lekarza, dla wyższych celów. Doktor opukał, postukał i przepisał befsztyk, ruch i nieprzejmowanie się głupotami. Nasz bohater opowiedział o niezwykłym zdarzeniu swoim dwóm kolegom, Jerzemu oraz Harrisowi, którzy również przyznali się do obłożnych chorób. Wobec tego trójka przyjaciół, dyskutując zawzięcie, zdecydowała się dla zdrowia na wycieczkę łódką wzdłuż Tamizy. Po 5-cio krotnym spakowaniu szczoteczki do zębów, zbiciu kilku filiżanek, rozdeptaniu masła, zgnieceniu pomidora, zagryzieniu przez psa Montmorencyego cytryn i kilku innych wypadkach, walizki zostały spakowane. Czy ta wycieczka może skończyć się dobrze?
...ale nie ma róży bez kolców, jak powiedział jeden pan, kiedy zmarło się teściowe i przyniesiono mu rachunek za pogrzeb. 2
Wrażenia:
Komizm, głównie sytuacyjny, który stworzył Jerome jest wspaniały, idealny wręcz, biorąc pod uwagę mój gust. Śmieszne wydarzenia i rozmowy, skrywają pod pozorami londyńskiego dżentelmena głupkowatość i niedoskonałości trzech przyjaciół. Do głównej fabuły, którą jest podróż wzdłuż Tamizy, co chwila dodawane są zabawne anegdoty i retrospekcje mające popierać narratora w jakiejś kwestii, a zamiast tego umilają czytelnikowi czas, kiedy to rozczula się nad niemądrym opowiadaczem. Do tego jest takich momentów całkiem sporo. Czy to o wujku, który wieszał obraz, a robotę zwalał na całą rodzinę, o nieudanym wieczorze poetyckim, czy ogromnej rybie w tawernie, którą chwalił się z osobna każdy w wiosce. Bywały również momenty, gdy kręciłam palcem i szeptałam: Ach wy zboczuszki...

Największą gwiazdą książki jest oczywiście narrator. Przez bardzo subiektywne przedstawienie świata, czytelnik nie może zaufać tekstowi ani na akapit. Dlatego zawsze wszyscy są winni zamieszania, tylko nie waleczny, pracowity J. Jego komentarze dotyczące innych postaci, choć pyszne i czasami przerysowane, to rzecz, z którą można się utożsamić - przecież nieraz sami (ja na pewno) błyszczymy próżnością.
- Och! - zawołał Jerzy, pojmując w czym rzecz. - Czy pan chce, żebyśmy pili Tamizę?
- Całej nie wypijecie - odparł poczciwina. - Ja popijam Tamizę już od piętnastu lat.
Jery zapewnił staruszka, że jego wygląd nie jest najlepszą reklamą firmy, z której bierze wodę, iże wolimy spod pompy.
Dostaliśmy wody w domu parę kroków dalej. Śmiem twierdzić, że też pochodziła z Tsmixy, ale nie wiedzieliśmy o tym i wszystko było w porządku. Czego oczy nie widzą - to nie może wywołać rozstroju żołądka.
3
Bardzo ciekawie autor wplątał do komedii informacje turystyczne. Opisywał miejsca historycznie ważne i nieważne, zabytki, atrakcje w sposób komiczny, informacyjny i nadzwyczaj nienudny. Znalazły się również obrazki wypełnione jakimś poetyckim tchnieniem, gdy na przykład narrator podziwiał naturę ciemną nocą.
I tutaj klaszczę głośno dla pana Kazimierza, tłumacza i twórcę wstępu, który nie tylko bardzo dobrze posłużył się polskim językiem, by odbiorcę ucieszyć, ale również stworzył przypisy, które były równie interesujące, co tekst (nie mówię koniecznie o ilości mieszkańców poszczególnych miast). To co uważane jest za wiedzę powszechną dla typowego Anglika, Polak otrzymuje właśnie na końcu książki. Nie są to jednak daty, czy odwołania do książek historycznych. Otrzymujemy romanse Henryka VIII i innych królów, czy historyjki o Klubie Ognia Piekielnego.
Po kolacji Jerzy sięgnął po banjo i chciał grać, ale Harris zaprotestował. Oświadczył, że boli go głowa i nie czuje się na siłach tego słuchać. Jerzy byl zdania, iż muzyka może przynieść ulgę Harrisowi. Muzyka - mówił - kojąco działa na nerwy i często uśmierza ból głowy. Brzdąknął, przy tym parę razu, żeby dać Harrisowi pojęcie, jak by to wyglądało.
Harris wyznał, że woli już ból głowy.
4
Ocena:
Brać, kupować i smakować! Świetne, śmieszne zbiorowisko opowiastek, które umilą ci poranek, popołudnie, podwieczorek, a nawet noc. Jerome uskarżał się, że napisał dużo więcej lepszych książek, a czytelnicy jak na złość kojarzą go z Trzema panami w łódce. Jak to skwitował Piotrowski we wstępie:
Czytelnicy miewają rację częściej, niż mogłoby się zdawać.5

1 - Jerome K. J., Trzech panów w łódce nie licząc psa. Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986, s. 11.
2 - Tamże, s. 31.
3 - Tamże, s. 143.
4 - Tamże, s. 149.
5 - Tamże, s. 8.

poniedziałek, 7 września 2015

Nadzieja umiera ostatnia: Wspomnienia z piekieł


Tytuł: Nadzieja umiera ostatnia
Autor: Halina Birenbaum
Opracowanie graficzne: Jerzy Jaworowski
Wydawnictwo: Czytelnik
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1988
Gatunek: autobiografia, czasy wojenne
Ilość stron: 276
Cena: 330 (starych) zł ;)

Wstęp:
Książek o męczeństwie Żydów podczas II wojny światowej napisano wiele - mi do rąk wpadła akurat ta. Razem z panią Birenbaum odkrywałam od nowa obozowe piekło, jednocześnie rozpoznając już Kanadę, apele, Mengele, wizę. Jak w świat dorosłych wchodziła 10-cio letnia dziewczynka? W getcie, dusznej piwnicy, obozie, krematorium.

Historia:
Jednego dnia Halinka bawiła się z sąsiadami na podwórzu, a drugiego uciekała z płonącego domu zabierając, co tylko się da. Później jak wiadomo przyszło getto i gwiazdy Dawida. Ciągły niepokój matki, że jutro nie będzie mogła nakarmić własnych dzieci. Następnie nadszedł niekończący się strach przed łapankami i Umschlagiem. I piwnice. Duszne, śmierdzące pomieszczenia, gdzie w ciemnościach dokonywały się rzeczy równie dramatyczne, co na zewnątrz. W końcu się nie udało - naziści zagonili rodzinę, wraz z bratem Chilkiem na plac na wywózkę do Treblinki. Mimo to matka się nie poddała i, jakimś cudem, zdołała wyciągnąć siebie i dwójkę dzieci. Ojciec pojechał na śmierć. Później było jeszcze więcej chowania, głodu i niepokoju. Wszędzie przeprowadzano czystki i łapanki. Aż w końcu Niemcy znaleźli i ich. Wpędzeni do bydlęcych, jechali gdzieś, umierając w duchocie i z pragnienia. Okazało się, że zostają osadzeniu w Majdanku. Przerażona Halinka szła grzecznie z kuzynką, gdy naziści rozdzielali nowo przybyłych na grupy. Kiedy się obejrzała, spostrzegła, że nie było za nią matki. Tej matki, która gotowała po nocach w opuszczonych mieszkaniach, wybłagała ich życie za pierwszym razem na Umschlagu, szukała schronów i cały czas powtarzała, że będzie dobrze, że nie zginą i że trzeba walczyć. Teraz 13-sto letnia dziewczynka usłyszała "Mamy nie ma".

Za oknem widać było zieleń, grupy zwiedzających z różnych krajów i miast polskich. Ludzie zwiedzają obóz jak wiele innych muzealnych zabytków, słuchają rzeczowych wyjaśnień, które dla mnie brzmiały banalnie, mimo że używa się w nich ciągle słów: "straszne, okropne, brutalne" itp. Słowa tylko, puste jakoś.1

Wrażenia:
Książka przedstawia życie żydowskiej dziewczynki od 1939 do 1945 roku. Autorka pisała o sobie w Izraelu, z mężem i dziećmi u boku. Jak wyjaśniła we wstępie, wyjechała z Polski w 1947 roku i była zaprzątnięta m. in. wojną izraelsko-arabską. Coś obudziło się w niej podczas procesu Eichmanna, gdzie w zeznaniach świadków brakowało jej czegoś istotnego, co powinno być wymienione. Tak właśnie powstała Nadzieja umiera ostatnia. Książka skupiająca się na ciągłym strachu, męczarniach, śmierci, ale też odwadze, miłości i wierze. Tytułowa nadzieja przeplata się z wieloma wspomnieniami autorki: w czasie chowania się w piwnicach, jazdy pociągiem, apelu, choroby, inspekcji Mengele, postrzelenia, czy oczekiwania aż obóz zostanie oswobodzony.

Wysiadamy. Biegnę pierwsza. Chcę to zobaczyć, przekonać się, że to prawda, że byłam tu kiedyś więźniem żydowskim, skazanym z góry na śmierć za swe pochodzenie i za fakt, że na dodatek jestem dzieckiem niepotrzebnym nawet do katorżniczej pracy.2

Autorka opisała wydarzenia mniej emocjonalnie niż to sobie wyobrażałam. Dzięki temu książka nie jest zawodzeniem nad przeszłością a dowodem, wycinkiem piekła. Cóż, nie był to czas na uczucia. Zupełnie inaczej Birenbaum odsłania się nam w końcowym rozdziale "Wyprawa w przeszłość - Polska 1986", dodany do utworu po 20 latach. Autorka powróciła do kraju swojego dzieciństwa, by zobaczyć ponownie obozy zagłady, które teraz są muzeami. Niezwykle emocjonalne podejście, płacz duszony od czasów rozpoczęcia wojny, wszystko zostało wypuszczone na zewnątrz i nagrane podczas pobytu w Oświęcimiu.

Jestem dzisiaj turystką na grobach po wyjściu z czeluści piekła. Wiem, że to jest szczęście i cud. Ale szczęście zatopione w wiecznych łzach i koszmarach.3

Podsumowanie:
Pani Halina pokazuje nam brutalny świat wojny. Niesamowitą bezsilność, nędzę człowieczeństwa. Jednakże równocześnie z każdej kartki wykrzykuje zdanie: Nadzieja umiera ostatnia! I właśnie to jest puentą, fenomenem i nauką tej książki.

Chcę tą książką wyrazić moje najgorętsze pragnienie, aby podobne zbrodnie nie powtórzyły się nigdy i nigdzie na kuli ziemskiej.4

1 - Birenbaum H., Nadzieja umiera ostatnia, Czytelnik, Warszawa 1988, s.267-268.
2 - Tamże, s. 265.
3 - Tamże, s. 262.
4 - Tamże, s. 244.

sobota, 5 września 2015

Atak tytanów - tom 1.: Kolejne oczko łańcucha pokarmowego

Tytuł: Atak tytanów (Shingeki no Kyojin)
Autor: Hajime Isayama
Ilustrator: Hajime Isayama
Ilość tomów: 17+
Wydawnictwo: JPF
Gatunek: horror, akcja, tajemnica
Docelowy odbiorca: shounen
Ocena: 8/10

Wstęp:
Czasami dobra historia potrzebuje kilku tomów, żeby się porządnie rozkręcić. Czasami za to, nawet ich dwucyfrowa liczba może nie wystarczyć. Bywają również przypadki, kiedy po 190 stronach czarno-białej migawki wiesz, że rozpocząłeś niesamowitą podróż. Z dokładnie taką refleksją odłożyłam pierwszy tom znanej na całym świecie serii o tytanach.

Historia:
Z niewiadomych powodów, olbrzymie maszkary przypominające z pozoru ludzi, pojawiły się na naszej pięknej planecie, siejąc spustoszenie. Co prawda nie paliły wiosek, nie plądrowały pałaców i nie gwałciły kobiet - zwyczajnie pożerały żylasty homo sapiens. Nasz gatunek znalazł się niemalże na skraju wyginięcia, gdy ludzie zbudowali ogromny, 100 metrowy mur oddzielający ziemie nieskalane plagą tytanów od reszty bestialskiego świata. Po 100 latach izolacji i względnego bezpieczeństwa ludzkość w końcu odsapnęła. Można by wręcz powiedzieć, że stała się gnuśna. Ale, czy po terrorze takiej skali nie należy się mieszkańcom 3 obronnych murów odrobina zapomnienia? Eren, nasz małoletni protagonista, odpowiada (właściwie krzyczy) przecząco. Pragnie wyjść z klatki, zobaczyć świat, który opisują zakazane książki. Dlatego jego marzeniem jest dołączenie do korpusu zwiadowczego, wykonującego najniebezpieczniejsze zadania poza murem. Niestety mieszkańcy pierwszego muru Maria zbyt często oglądają powroty zwiadowców - z uszkodzonymi wozami, zakrwawionymi dowódcami i rozczłonkowanymi żołnierzami, by jego matka uznała to za dobry pomysł. Eren, razem z przyjaciółmi: Mikasą i Arminem, przemierza złudnie spokojne ulice, gdy w końcu TO się dzieje. Koniec beztroski. Przełamanie letargu. Znikąd pojawia się 100 metrowy tytan, który niszczy bramę. Potwory wdzierają się do miasta. Ludzkość przypomniała sobie, co oznacza bezsilność i strach, którego nie można rozwiać, wtulając się w bezpieczne ramiona rodziców.

Opinia:
Jak można zauważyć po ocenie - manga bardzo mi się spodobała. Nie będę udawać hipstera ani bronić mainstreamu, Atak tytanów to po prostu dobra historia z obłędną kreską i wiele osób to zauważyło. Już w pierwszym tomie poznajemy trójkę głównych protagonistów, a w dalszej części przybywa nam ludków, którzy tworzą razem 114. korpus treningowy. Każdy z bohaterów posiada odmienne motywacje i definicje tego, co to znaczy być żołnierzem. Co prawda, zostajemy nagle wrzuceni w środek akcji, dlatego na dokładniejszy rozwój postaci i odkrywanie ich tajemnic musimy prawdopodobnie poczekać na dalsze tomy. Użyłam "prawdopodobnie", ponieważ nigdy nie wiesz, kiedy ktoś z twoich ulubieńców zamieni się w potrawkę dla tytana.

Akcja nie zwalnia od 1 strony do 190, czyli prawidłowe budowanie napięcia w dobrym shounenie. To, że tytani wbijają na przygraniczną dzielnię i niszczą stuletni mur Maria, to zaledwie 90 stron. W drugiej połowie, autor zmieścił zwrot druzgocący nasze marzenia o pokojowym treningu i zdobywaniu siły, by mierzyć się z demoniczną siłą przeciwnika. Nie mówiąc o zakończeniu, dzięki któremu odliczamy na placach, ile kromek trzeba sobie odmówić i jak dużo wody zaoszczędzić, by starczyło na tom 2.

Ilustracje:
Ilustracje, jak wspomniałam wcześniej, są obłędne. Całkiem ładne nasycenie czerni sprawia, że niechlujne, szkicowane rysunki idealnie pasują do tego brutalnego świata. Oryginalność gromadzi zwykle fanów i antyfanów, a skoro mamy ich tutaj, to wiedz, że coś się dzieje... Bardzo podobają mi się kadry oraz przedstawienie ruchu. Dynamicznie narysowane postaci sprawiają, że akcja wydaje się szybsza i dramatyczniejsza i sama już nie wiem, kiedy ostatni raz tak prędko przewracałam strony. Kolejnym plusem są, zniekształcone wręcz, rysunki postaci. Niesamowicie ciekawa perspektywa zwyczajnie przyszpila twój wzrok na kilku kolejnych kadrach. No i nie oszukujmy się - Isayama idealnie wykorzystuje zagranie wielgachnego rysunku na dwóch stronach. Szczególnie w wydaniu powiększonym JPF-u takie cudeńka wbijają w kanapę.Co prawda, muszę przyznać, nieliczne kadry wyszły dość niezgrabnienie, ale pamiętajmy, że to dopiero rozgrzewka, tom 1. z co najmniej 17. Jak na razie jestem mega fanką brudnego stylu Isayamy.

Podsumowanie:
Świetny początek niesamowicie pochłaniającej (także pieniądze z portfela)  historii. Mocne, paczące akcje przedstawione przez dobrze zapowiadający się pędzel. Jestem na tak, a z moim prawdopodobnym rozdwojeniem jaźni, nawet podwójnie. Mimo, że nie mam trzeciego jurora przy moim boku, ta manga dla mnie przechodzi dalej!






Ilustracje należą do Hajime Isayama Shingeki no Kyojin